piątek, 1 kwietnia 2016

~XIII~ 'Don't be so predictable, darling'

- Zamierzasz mu wszystko powiedzieć?
Maya spiorunowała Lehię wzrokiem na te słowa, a jej dłonie trzymające kubek zatrzymały się w połowie drogi do ust.
- Moja relacja z Damonem jest skomplikowana - odparła. - Żądam od niego pomocy, ale, jakby nie było, sześć dekad temu zostawiłam go w Chicago bez słowa.
- Uciekałaś przed Malayan - Lehia od razu znalazła wytłumaczenie - i odciągnęłaś ją od Damona, czyż nie?
- Niech cię diabli, Lehia - warknęła blondynka. - Wykorzystujesz moje słowa przeciwko mnie samej.
Nie tylko słowa, May, sprostowała dziewczyna w myślach. Nie tylko słowa.
- A poza tym - kontynuowała Maya - ja nigdy nie uciekam. Ja ulatniam się w razie niepożądanego obrotu spraw.
Lehia prychnęła i poprawiła koc na swoich kolanach.
Im dłużej przebywała z Mayą, tym bardziej dziwiła się jej bezmyślności. Z początku przebiegłość blondynki wydawała się niezwykle zajmująca i ciekawa, jednak, szczególnie teraz w Mystic Falls, Maya sprawiała wrażenie niezorganizowanej. A jak ktoś, kto dąży do bycia najpotężniejszym stworzeniem wszechświata, może ulegać każdej pokusie spotkania byłego kochanka, w dodatku zwykłego wampira, których jest na pęczki?
Aczkolwiek według Lehii, Vasson i Damon byli dla siebie idealni. Oczywiście w ironicznym tego słowa znaczeniu. Oboje byli bardzo atrakcyjni, ale również działali pochopnie, kierując się instynktem i nie myśląc o konsekwencjach. W przypadku Mai było to wielką wadą, dzięki której to Malayan górowała. Co do Damona... Szczerze, to on obchodził Lehię tyle co zeszłoroczny śnieg. Znaczy, w wersji znanej ogółowi, chciała się na nim zemścić za pozostawienie jej matki, kiedy ta była w ciąży. Brzmiało to dla niej jednak jak wątek kiepskiego serialu. Mimo wszystko, trzymała się tego na polecenie będącej wyżej w hierarchii rudowłosej kobiety.
Maya odstawiła pusty kubek po karmelowej herbacie i przerwała ciszę.
- Coś wymyślę, Lehia - oświadczyła. - Zostanę hybrydą, zobaczysz. Najpierw pozbędziemy się Klausa, ale do tego potrzebujemy Michelle. Oddaliła się ode mnie, psiakrew.
- I pomyśleć, że jest moją ciotką - wtrąciła Lehia. - Gdyby ona lub mój tatuś byli normalni, mogłabym z nimi pogadać.
Maya nie zareagowała na słowa brunetki. Była zbyt zamyślona.
- Jeśli Michelle przeciągnie na naszą stronę tę bandę, zdobędziemy większe szanse.
Spojrzała na Lehię zdeterminowanym wzrokiem psychopatki.
- Muszę zlikwidować Malayan zanim ona zlikwiduje mnie. Muszę mieć Michelle tutaj, a ciebie jako szpiega przy działaniach tej rudej suki.
- Robię, co mogę - broniła się Lehia. Ha, była świetną aktorką.
- Musisz tam być, Salvatore - Maya podeszła do Lehii i usiadła w fotelu obok. - Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Nie wiemy, co ona planuje. Zdałyśmy się na przypadek, przyjeżdżając tu za Michelle i nie zostawiając tam wtyków.
Lehia z trudem przełknęła ślinę. Musi coś wymyśleć, by powstrzymać Mayę od wysłania jej na przeszpiegi. Ona i ruda są przecież w trakcie realizowania planu. Lehia musi go dokończyć.
Nagle ją oświeciło.
- A co z Drew? - zapytała. - Drew Jeffersonem?
- Tym psem? - Maya zmarszczyła brwi. - Po co nam wilkołak w sprawie z tą rozwścieczoną rudą krową?
- Każdy się przyda - przekonywała Lehia - a on jest z Indiany, prawda? A to zdecydowanie bliżej Chicago niż Mystic Falls.
- Tak, mówił, że mieszka w Gary - podłapała temat Maya.
- No widzisz. Wystarczy, że do niego zadzwonisz i mu przypomnisz, jak miło spędziliście czas w tym jego jeepie - rzuciła Lehia, uśmiechając się pod nosem. - I już masz sprzymierzeńca.
Maya ponownie spiorunowała dziewczynę wzrokiem.
- Dobrze, zadzwonię do niego - stwierdziła, wstając z gracją z fotela i odzyskując tym typową sobie wyniosłość. - I to nie był jeep, a Cadillac Escalade.
Zarzuciła blond włosami i zabierając błyszczącego iPhone' a z blatu stołu, wyszła na dwór.
Lehia wypuściła głośno powietrze. Wyjęła telefon z kieszeni jeansowej spódniczki i
wyciągnęła go spod koca.
Zwerbuj Drew Jeffersona. Wilkołak, eks M. V. Ma Cię szpiegować.
Tej treści wiadomość wysłała do Malayan. Kiedy dostała potwierdzenie dostarczenia SMS-a, usłyszała jak Maya, stojąc kilkanaście metrów od chatki, wita się z Drew.
Zdążyła.


- Musisz coś zrobić ze swoim życiem - powiedziałam do swojego odbicia w lustrze, chwytając w dłoń grzebień. - Możesz ratować bezdomne psy, dokarmiać bezdomnych albo wstąpić do wojska. Tak! Może sprawdziłabyś się na poligonie, Ellie - przekonywałam sama siebie, rozczesując rudo-brązowe loki. - Ale lepiej nie bądź pielęgniarką jak tam, w Australii. Niby to sto lat temu, ale i tak możesz dać im tylko swoją krew.
Spojrzałam w swoje oczy, w których czaił się błysk determinacji.
- Z a j m i j  się czymś.
- Długo tak do siebie mówisz?
Wrzasnęłam, zaskoczona, a grzebień wyleciał mi z ręki i wylądował gdzieś pod oknem. Odwróciłam się automatycznie w stronę drzwi i zobaczyłam tam Jeremy'ego. Stał w rękami złączonymi za plecami i z lekko przechyloną głową. Nie wydawał się przejęty konfrontacją ze mną, mimo mojego ostatniego wybryku w Mystic Grillu. Tak a propos, to postanowiłam już nigdy nie całować faceta, póki on wcześniej tego nie zrobi. Nigdy.
- Może - odparłam nienaturalnie wysokim głosem. Kurde. Odchrząknęłam. - Coś... Się stało?
Jeremy wbił wzrok w podłogę zawaloną ubraniami i kurzem. Trwał tak kilka sekund, aż spojrzał na mnie i przemówił:
- Chciałbym wyjaśnić to, co stało się w Grillu.
- Chyba nie zamierzasz zgłosić tego jako napaści, co? - zażartowałam, a przynajmniej się starałam.
Jeremy spojrzał na mnie... Och, gdybym tylko miała klucz odpowiedzi do jego min! Założę się jednak, że patrząc na mnie, czuł radość, ale i żal. Co zrobić? Taka już jestem, strzelająca byki na każdym kroku, nieudana czarna owca rodziny.
- Nie chcę, żebyśmy się do siebie nie odzywali lub coś w ten deseń - mówił Jer. - Nie chcę, żeby nasza przyjaźń się skończyła.
Niemal prychnęłam na słowo przyjaźń. Już chciałam mu powiedzieć, żeby sobie darował i znikał mi z oczu, lecz... Jakaś rozsądna część mnie, naprawdę bardzo mała i rzadko się odzywająca, tym razem wzięła górę.
Zbyt dużo ludzi cię nie znosi, dziewczyno. Zatrzymaj przy sobie tych, którzy dają ci na to szansę.
Gdyby to było takie proste...
Spojrzałam Jeremy'emu w oczy: tęczówki miał barwy najsłodszej czekolady, mlecznej i rozpływającej się w ustach...
Przeklęłam cicho, spuszczając wzrok. On ma dziewczynę.
- Obiecuję nigdy więcej cię nie całować - zadeklarowałam po chwili, spoglądając na niego.
- Bardzo cię lubię, Michelle. Naprawdę bardzo -  powiedział z uśmiechem. - Cieszę się, że się rozumiemy.
Rozchylił lekko ramiona, zachęcając mnie do uścisku. W moim umyśle rozpoczęła się kolejna walka. Działająca tego dnia na pełnych obrotach roztropna część mojej osoby wręcz zabraniała mi się do niego przytulać. Bez robienia sobie nadziei, Michelle! Bez nadziei!
Z drugiej strony, moje zadurzenie w nim nie dostało jeszcze czasu na wyparowanie. Przyciągał mnie do siebie całym sobą. Uśmiechem, tonem głosu, ciepłem, nadzieją na pojednanie ze mną...
Wyciągnęłam rękę w jego stronę. Speszył się. Gdy ściskał moją dłoń, zapewniłam z uśmiechem:
- Przyjaciele.
Skrzypnęła deska na korytarzu. Nawet Jeremy bez wyostrzonego słuchu to usłyszał. Wyjrzałam za ścianę - w korytarzu kilkanaście metrów dalej stał Stefan. Miał zdziwienie napisane na twarzy.
- Właśnie po ciebie szedłem, Ellie - powiedział. - Chciałem cię gdzieś zabrać.
- Mnie? Gdzie?
- Niespodzianka - wygiął usta w poczciwym stefanowym uśmiechu.
Odwróciłam się nieco zakłopotana do Jeremy'ego. On natychmiast skierował się ku drzwiom.
- Jedźcie - odparł. - Ja i tak planowałem spotkać się z Bo...
Urwał i spojrzał na mnie uważnie. Moja mądra część wykopała ze mnie serdeczny uśmiech.
- Pozdrów ją - powiedziałam.
Minął mnie i ruszył korytarzem. Przywitał się ze Stefanem i zniknął, zbiegając po schodach.
Cofnęłam się po okulary przeciwsłoneczne do sypialni i wróciłam do brata. Patrzył na mnie z uśmiechem.
- Czego się szczerzysz, blondi? - spytałam, idąc z nim korytarzem.
- Jestem z ciebie dumny. Tyle.
- Podsłuchiwałeś - zmrużyłam oskarżycielsko oczy, mimo że nie byłam zdziwiona.
- Ja? Nigdy. Po prostu mam szósty zmysł. - Zmarszczył brwi w charakterysyczny sobie, śmieszny sposób. Między nimi pojawiła się TA zmarszczka. TA, powiadam. - Czytam w myślach... Czy coś.
Rozpromieniłam się całkowicie. Cieszyłam się, że ta mądra cząstka Michelle zwyciężyła. Żałowałam, że nie miała decydującego głosu ostatnimi czasy, kiedy martwiłam się Klausem. Nie marnowałabym tylu dni na rozpaczanie nad nieszczęśliwym uczuciem sprzed stu lat do tego chłystka.
Trudno. Postanowiłam zaprzyjaźnić się z tą częścią mnie. Mogłabym też się jakoś do niej zwracać... Cassandra. Tak, per Cassandro.
- Czemu tak milczysz? - spytał Stefan, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Dziękuję Cassandrze za pogodzenie mnie z Jeremym.
Blondyn znów zmarszczył brwi, ale nie dociekał.
- Myślisz, ze ty i Elena też moglibyście tak to rozwiązać? - spytałam, gdy zaświtała mi taka myśl.
Stefan westchnął, otwierając mi drzwi wejściowe. Wyszliśmy na zalany słońcem podjazd.
- My nie jesteśmy skłóceni. Nie rzuciłem się na nią. Desperackie działania to działka twoja i Damona.
Uśmiechnęłam półgębkiem.
- Jesteście prawie identyczni pod względem charakteru. Dlatego się nie dogadujecie.
- Nie zmieniaj tematu - upomniałam. - Damon potrzebuje oddzielnej rozmowy.
- Obawiam się, że we krwi Salvatore'ów płynie miłość do Gilbertów - wyznał. - Ty zadziałałaś, ale w moim przypadku pozostaje mi zdać się na Elenę i jej uczucia. Jestem gotów czekać.
Dotarliśmy do zabytkowego samochodu Stefana.
- A co jeśli Elena zdecyduje, że bardziej kocha Damona i to z nim chce być?
Mimo że na nosie Stefana spoczywały ciemne okulary, zauważyłam cień zaniepokojenia, który przebiegł przez jego twarz. Milczał chwilę, opierając się o dach czerwonego auta.
 - Cóż... Najwyżej spalę się na słońcu.
- Steffi...
Zaśmiał się i klepnął ręką w maskę.
- Żartuję. Nie jestem aż takim romantykiem. Wsiadaj, młoda.
- Gdzie mnie wywozisz? - spytałam.
- Na wycieczkę historyczno-krajoznawczą - uśmiechnął się zagadkowo i przekręcił kluczyk w stacyjce.

Fragment IX symfonii Beethovena przerwał mi studiowanie trzydziestego pierwszego rozdziału księgi magii XII-wiecznej czarownicy z okolic dzisiejszego Salem. Przeklęłam pod nosem i rozejrzałam się w poszukiwaniu telefonu, z którego wydobywał się ten dźwięk. Leżał on wśród sterty zakurzonych, liczących setki lat papierzysk, więc znalezienie go nie było proste.
Odebrałam, spojrzawszy na wyświetlacz.
- Gigi Bennett i Floribeth Garcia Perez będą u ciebie w ciągu pół godziny - usłyszałam w słuchawce. Uniosłam kącik ust.
- I ciebie miło słyszeć, Lehia - odparłam z tradycyjną u siebie nutką ironii.
- Bądź przystępna - syknęła moja rozmówczyni. - Nawet nie wiesz, ile mnie kosztuje przekonywanie tych wiedźm, by stanęły przeciwko Mai.
- Masz rację. Nie wiem.
- Maya zaraz wróci. Muszę kończyć.
- Poczekaj - wtrąciłam. - Widziałaś Deborah od naszej poprzedniej rozmowy?
Lehia prychnęła w słuchawkę i odpowiedziała:
- Dziwię się, że ostatnimi czasy tak rzadko włazisz mi do głowy. Wtedy znałabyś odpowiedź. Powiedz, opanowałaś już przeglądanie moich myśli?
- Sama na to przystałaś, przyczyniając się do mojego wskrzeszenia - fuknęłam. Jaka ona irytująca, kiedy nasze zdania się różnią. - Widziałaś się z nią?
Nie musiałam widzieć twarzy Lehii, by wiedzieć, że wzdychając, przewraca oczami.
- To trudne. Nie mogę jej po prostu zawołać. To tak nie działa, Malayan.
Pożegnałyśmy się zdawkowo i rzuciłam telefon na zakurzoną podłogę.
Trzeba ten strych kiedyś posprzątać. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Potencjalne sprzątaczki powitasz za trzydzieści minut. Machną ręką i wszystko migiem będzie uprzątnięte...
Niech diabli wezmą Mayę Vasson. Gdyby nie ona, ten strych lśniłby czystością, odkąd tylko zajęłam te mieszkanie. Ostatnie chwile, które ta blond sucz zapamięta, spędzi taplając się w swoim kwasie żołądkowym.

- Żartujesz, prawda?
Patrzyłam na skryte w lesie ruiny i nie mogłam uwierzyć, że to wszystko, co pozostało po naszym domu. Pustaki kruszące się pod wpływem nawet lekkiego, letniego powiewu... Ogromne drzewa w miejscach, gdzie kiedyś biegły wysypane jasnymi kamyczkami ścieżki...
- W którym roku opuściłaś Mystic Falls? - spytał Stefan, marszcząc brwi.
- W 1867 - odparłam. - Niedługo po śmierci...
Nie dokończyłam. Z opowieści Lehii dowiedziałam się przecież, że Deb wtedy nie zmarła. To znaczy... Zmarła, ale ożyła. Urodziła córkę. Żyła jeszcze wiele lat, a nie odezwała się do mnie ani słowem przez ten czas.
Nie zdziwiłabym się, gdyby czuła odrazę do naszej rodziny. Damon potraktował ją w najgorszy możliwy sposób, ale to przecież ze mną się przyjaźniła. To mnie przyjęła pod swój dach, kiedy moi przemienieni bracia wyjechali, a tata... Zginął. Potem nie zrobiła nic, by się ze mną skontaktować. Nic.
- Dom zburzono na początku lat 70. tamtego wieku - poinformował mnie Stefan. - Niewiele brakowało, abyś wiedziała, co się z nim stało.
Postawiłam kilka kroków w kierunku pozostałości po budynku.
Przywołałam najlepsze wspomnienia z okresu, kiedy tam mieszkałam. Wiele nich wiązało się z Deborah. Często wkradała się do naszego domu tylnym wejściem, by mój tata jej nie zauważył. Nie znosił faktu, że przyjaźnię się z kimś gorszym niż członkowie rodzin założycieli Mystic Falls.
Moją uwagę przykuło coś, od czego odbiły się przenikające miedzy koronami drzew promienie słońca. Podeszłam bliżej i schyliłam się.
Wśród leśnej ściółki, pod jednym z liści dębu leżał złoty pierścionek. Jego obręcz była gładka i cienka, a zdobił go jeden mały, czerwony kamyczek. Nie musiałam być jubilerem, by wiedzieć, że to karneol.
Obróciłam się do Stefana z pierścionkiem w dłoni i twarzą pełną mieszanki zdziwienia i braku zrozumienia.
- To moje - wyjaśniłam, widząc, że nie wie, o co chodzi. - To mój pierścionek.
Brat podszedł do mnie prędko. Wstałam i podałam mu błyskotkę. Obrócił ją w palcach.
- Zgubiłam go ze cztery lata temu - zaczęłam wyjaśniać. - Kupiłam go sobie na sto pięćdziesiąte piąte urodziny, to jest w 2005 roku. Okrągła rocznica i tak dalej. Ostatni raz miałam go na palcu kiedy byłam z Mayą na koncercie Rolling...
Połączyłam fakty.

Buenos Aires, maj 2006 roku
Maya wrzuciła bluzkę do walizki, którą właśnie przeszukiwałam.
- Ej! - fuknęłam w jej stronę. - Muszę go znaleźć! Nie dokładaj mi roboty.
- To ty dokładasz ją mnie, Michie - odparła, przemieszczając się szybko po hotelowym pokoju, który zajmowałyśmy. - Musimy być w Michigan jeszcze dziś wieczorem.
- Zamknij się i pomóż mi znaleźć mój pierścionek, Maya! - wydarłam się, rozładowując frustrację.
Miałam go dopiero od roku, a planowałam nosić przez następne pięćset lat. Był najpiękniejszą błyskotką, jaką w życiu miałam, a z racji tego, że wszystko, co złote w mojej szkatułce, już dawno trafiło do May, on był wyjątkowy.
- Trzeba się było nie gździć za kulisami z tym dźwiękowcem, tylko słuchać razem ze mną dobrej muzyki - mówiła pogardliwym tonem, zbierając nasze rzeczy z szafy. Rzuciła w moją stronę jeansami. - To też twoje.
- Mam ci przypomnieć tego czarodzieja z Miami? - nie byłam jej dłużna. - Dwa dni cię potem szukałam. A teraz łaskawie mi pomóż!
- Może ci go zwinął, co? Zasłonił ci twarz dredami i zabrał ten nijaki kawałek metalu, hm? - Stanęła przy mnie z rękami pełnymi zwiniętych ubrań. - Kupisz sobie nowy. Teraz zapnij tę walizkę i zamów nam taksówkę na lotnisko. Bennett nie będzie czekać.

Stefan wciąż patrzył nierozumiejąco to na mnie, to na pierścionek w swojej dłoni. Czas im powiedzieć.
- Maya gromadzi złoto od kilku wieków - wyjaśniłam. - Monety, biżuteria, sztućce... Przywłaszcza sobie wszystko, co jest ze złota. Pomagałam jej w gromadzeniu tych rzeczy...
- Co? - Stefan był oburzony. - Po co wam takie rzeczy? Czemu jej pomagasz?
- Pomagałam - poprawiłam. - Zerwałam z nią kontakt kilka miesięcy temu. Wysłała mnie do Chicago na przeszpiegi, a ja wtedy przestałam się do niej odzywać. Miałam dość życia na walizkach, więc zmieniłam numer, telefon, wyrobiłam sobie kolejny fałszywy dowód... Tak na wszelki wypadek - tłumaczyłam. - Tam odwiedziła mnie Deborah. Przyjechałam do Mystic, a Maya za mną. Lehię poznałam razem z Wami, ale myślę, że one znają się od dawna. Wiesz, takich przerw w naszym kontaktowaniu się było kilka przez ostatnie sto lat.
Stefan zmarszczył brwi jeszcze mocniej. Po chwili podniósł na mnie wzrok.
- Do czego Mai potrzebne są te rzeczy? - ponowił pytanie.
Już miałam mu powiedzieć. Chciałam to zrobić. Jeśli Maya tu jest, to oznacza, że ma kłopoty, więc wszyscy, a w szczególności moi bracia, powinni wiedzieć o jej celu.
Przerwał mi jednak widok samej zainteresowanej za plecami Stefana.
- Maya! - krzyknęłam odruchowo i złapałam brata za dłoń, ukrywając pierścionek w jego pięści.
Stała wśród drzew z rozwianymi włosami i nieodgadnioną miną. Nie była ani do końca zdziwiona, ani przestraszona. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a jej prawa dłoń drżała, choć temperatura sięgała tego dnia trzydziestu stopni.
- Co ci jest, May? - spytałam. To nie było do niej podobne. Zwykle przybierała dwie pozy - pełną kokieterii bądź tę złośliwą. Żadną poza tym.
- Zniknęło - powiedziała, a głos jej się załamał.
- Co zniknęło? - Stefan przejął inicjatywę i zaczął dochodzenie.
Maya otworzyła usta, lecz z jej gardła wydobył się tylko jęk niemocy. Spojrzałam na palce brata, zaciśnięte na kawałku złotego metalu.
- Schowałaś tu złoto? - spytałam, rozumiejąc. - Wozisz je ze sobą?
Maya pospieszyła z odpowiedzią, przełykając głośno ślinę.
- Nie miałam wszystkiego. Część nadal jest w skrytce w Genewie - jęknęła. - Schowałam w tych lochach - machnęła ręką w kierunku wschodnim - parę wisiorków... Kolczyki... I twój pierścionek z karneolem - dodała w chwili, gdy Stefan rozwarł zgięte palce.
- Po co ci to, Maya? - Stefan nie dawał za wygraną.
Maya uciszyła mnie dłonią, gdy chciałam coś powiedzieć, i podeszła bliżej nas, wsuwając drżące ręce w kieszenie jasnych spodenek.
- Wiem, Michie, że nie powiedziałaś nikomu o przepowiedni, więc nie mam pojęcia, kto to ukradł - rzuciła, wpatrując się w leśną ściółkę - a jak największa ilość przetopionego złota jest mi potrzebna do Rytuału Zagłady.
Stefan spojrzał na nią jak na trędowatą schizofreniczkę, okazującą przejawy kolejnego zaburzenia psychicznego, albo kogoś jeszcze bardziej odbiegającego od normy pod względem zdrowia. Ten sam wzrok wylądował i na mnie.
Maya zmierzyła nas oboje swoimi zielonymi oczami.
- Pozwól, że wytłumaczę, o co w tym chodzi.

Dzwonek do drzwi zadzwonił po dziewiętnastu minutach od telefonu Lehii. Dziewiętnastu. Nie rozumiem jak można być na tyle niezorganizowanym, żeby nie wyrabiać się na czas.
Zeszłam ze strychu po rozkładanej drabinie i otrzepując ubrania z kurzu, przemierzyłam drogę do drzwi wejściowych. Gdy je otworzyłam, moim oczom ukazały się dwie kobiety o raczej egzotycznych typach urody i na pewno przed trzydziestką. Jedna z nich, ciemnoskóra i krąglejsza, mierzyła mnie pogardliwym wzrokiem, żując gumę. Była ubrana w obcisłą bluzkę z dużym dekoltem, krótką, wąską spódniczkę i sandałki na niesamowicie wysokich obcasach, a jej błyszczące kolczyki sięgały ramion. Druga była dużo szczuplejsza i miała na głowie burzę ciemnych włosów. Patrzyła na mnie z dziwną ekscytacją, ściskając w dłoniach uchwyt czerwonej torebki.
- Cześć! Mam na imię Floribeth - zawołała z uśmiechem na ustach. Mówiła z mocnym hiszpańskim akcentem. - Jesteś ładna!
- Nie poniżaj się - warknęła jej towarzyszka, marszcząc wydepilowane brwi. Przesunęła wzrok na mnie. - Gigi jestem - przedstawiła się i wyminęła mnie, wchodząc o mieszkania.
Byłam oburzona, lecz postanowiłam przemilczeć ten dowód niewychowania.
- Rozgośćcie się - zaproponowałam, przeklinając Lehię w duszy i przepuszczając w drzwiach drugą z kobiet. - Ile czasu spędziłyście w podróży?
- Leciałam z San Jose dziesięć godzin - poczęła opowiadać Floribeth, kalecząc angielski. - Gigi i ja spotkać się na lotnisku.
- Tak? - udawałam zainteresowanie. - A ty skąd przyleciałaś, Gigi?
Kobieta zaśmiała się pogardliwie.
- Tak właśnie interesujesz się wiedźmami, które mają ci pomóc, co? - prychnęła, odrzucając torebkę w panterkę na skórzaną sofę. - Dziwię się, że nasz przyjazd cię nie zaskoczył.
- Nie zamierzam się z wami kłócić, zanim się porządnie poznamy - odparłam spokojnie, choć ze złości zacisnęło mi się gardło, a mięśnie twarzy były napięte do granic możliwości. - Potrzebuję waszej pomocy i bardzo na nią liczę.
- A ja liczę na godną zapłatę - Gigi nie zaprzestawała walki słownej, chwytając się pod boki - bo inaczej wyjdę stąd, nim zdążysz wypowiedzieć swoje imię.
Policzyłam w myślach do pięciu, by się uspokoić.
- Maya na dzień dzisiejszy dysponuje takim kapitałem, że starczy dla wszystkich, dla całej waszej dwudziestki.
- Dwudziestki? - powtórzyła jak echo Floribeth.
- Zebrałaś aż tyle czarownic? - dodała Gigi.
Bądź dyplomatką, Malayan. Bądź dyplomatką.
- Potrafię wiele - rzuciłam tajemniczo. - Umiem też zjednywać sobie ludzi.
Floribeth patrzyła na mnie wielkimi oczami pełnymi zachwytu, ale Gigi była sceptyczna. Stała kilka metrów ode mnie i, żując gumę, analizowała sytuację.
- Powiedz, co zamierzasz - powiedziała po chwili, zajmując miejsce w obitym białą skórą fotelu. Rozsiadła się na nim i założyła nogę na nogę. Była wyzywająca i bezczelna, a od modelki Playboya różniło ją tylko to, że jednak trochę materiału na sobie miała.
- Ale ja głodna jestem! - rzuciła Floribeth przyjmując minę małego dziecka. - Ja nic nie jeść od wczoraj wieczór!
Ruszyłam zdecydowanym krokiem do aneksu kuchennego.
- Nie umiem gotować - oświadczyłam - ale mam mleko i płatki śniadaniowe.
Była to idealna ucieczka od kontaktu wzrokowego z nowo przybyłymi. Stojąc do nich plecami, rozluźniłam mięśnie twarzy i mogłam bez problemu bezgłośnie na nie przeklinać.
Kostarykańska imigrantka i czarna wersja Britney Spears... Dzisiejszy świat jest na mnie zdecydowanie za głupi.

***
Witam Was!
Mam nadzieję, że trzynastka wynagrodziła moją nieobecność :) Starałam się, wierzcie na słowo. Jestem zadowolona i mam nadzieję, że Wy tak samo.
 Przepraszam tych, którzy liczyli na odrobinę Rebekah i Matta, ale ten rozdział w Wordzie i tak ma 11 stron, a myślę, że to całkiem dużo xD Na nich przyjdzie czas, trochę na pewno go przeznaczę. Ogarniam z opóźnieniem, że nie ma też Damona i Eleny. Ha, brawo ja. Nie zaplanowałam tego.
Zaplanowałam jednak Malayan. Dużo, jak zapewne zauważyliście. Ciekawa jestem, co sądzicie o tej postaci. Proszę o opinie :)
Zaczynam numer 14, ale dużo mnie czeka w sferze pozablogowej w najbliższym czasie, więc nie będę teraz zobowiązywać się odnośnie daty kolejnej publikacji.
Cieszę się, że przybywa komentarzy od nowych Czytelników. Ujawniajcie się, proszę ;)
Wszystkich zachęcam do komentowania. Kiedy czytam słowa od Was, mordka bardzo mi się cieszy ^^
Pozdrawiam Was w primaaprilisowe popołudnie! (zapomniałam nawet, że to dziś xD) Buziak,
Em <3

6 komentarzy:

  1. Chyba się obrażę co tak długo ? Ale z jednej strony cieszę się że dodałaś nareszcie ten rozdział. Tylko gdzie Katherine i Elijah? ^.^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tiaaaa..... Wiesz, oni powrócą, przysięgam <3 Tak jak inni bohaterowie, wszystko w swoim czasie. Buziaki! :*

      Usuń
  2. kiedy nowy rozdział? Więcej Klausa i Michelle.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana nominowałam cię do LBA link z pytaniami :
    https://timeisnothingchildofthenight.blogspot.com/p/liber.html

    OdpowiedzUsuń
  4. No heej, po roku względnego spokoju w końcu nadeszła bomba pod postacią 40 stron A4 tzw. Rozdział 32 ;) zapraszam: cold-blue-fire.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Genialne opowiadanie...dlaczego nie piszesz dalej. Zaczełam też pisać opowiadanie oparte na serialu pamiętniki wampirów. Wpadajcie i czytajcie i komentujcie.
    http://vdnigdysieniepodawaj.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń