poniedziałek, 20 lipca 2015

~X~ 'No way, no'

- Agh! - kolejny krzyk przepełniony bólem wypełnił dom Salvatore'ów.

Elena skrzywiła się. Czy to musi tyle trwać? Stefan torturował Lehię od dobrej godziny, lecz ta nie powiedziała nic na temat Mai czy Damona. Twierdziła, że spotkała bruneta w szpitalu, dokąd poszła po krew, a ten po krótkiej wymianie zdań skręcił jej kark. Podobno nie wiedziała, gdzie poszedł i dlaczego jego auto stało na środku lasu. Oczywiście nikt jej nie uwierzył.

Drzwi wejściowe otworzyły się, a do środka wparowała Caroline. Zamknęła szybko za sobą i ścisnęła kurczowo klamkę z szeroko otwartymi oczami, dysząc. Elena nie wiedziała, o co chodzi.

- Jest tu? - zapytała bezgłośnie blondynka. Elena zmarszczyła brwi. - Klaus?

- Nie - odparła Gilbertówna. - Spotkałaś się z nim?

- Stał pod moimi drzwiami, więc wyparowałam - Caroline w wampirzym tempie usiadła obok przyjaciółki. Oparła łokcie o kolana. - Po co on w ogóle...

-Aaaagh! - ryknęła Lehia z lochów. Care się wyprostowała, spoglądając na szatynkę siedzącą obok. 

-Stefan i ja znaleźliśmy w lesie auto Damona z Lehią w bagażniku. - Oczy Caroline przybrały rozmiar spodków. - Twierdzi, że nie wie, gdzie jest Damon ani Maya.

Blondynka poruszyła sugestywnie brwiami, przybierając złośliwy uśmiech.

- Może pojechali na jakieś odludzie, by nikt ich nie słyszał? - zaśmiała się złowieszczo. Elena skrzywiła się, a jej wnętrzności zrobiły fikołka. Nie chciała myśleć o Damonie i Mai razem. Nie chciała myśleć o Damonie z jakąkolwiek inną kobietą. Rozumiała, że on i Vasson byli kiedyś razem, naprawdę, okej, pogodziła się z tym, iż na bruneta leci każda. Niestety, Elena miała bardzo wybujałą wyobraźnię i myśl o staniku Mai, wiszącym na leśnej gałęzi, przyprawiła ją o odruch co najmniej wymiotny.

Widząc minę przyjaciółki, Caroline zaprzestała złośliwości.

- Powiedziałam coś nie tak? - spytała. - Och, Eleno, przestań się tak przejmować tym, co mówię o Damonie. Nie znoszę go i dobrze o tym wiesz.

Elena milczała. Chciała wreszcie dokończyć sprawę z braćmi Salvatore, a Caroline jej nie pomagała. Dziewczyna czuła się strasznie, zwlekając ze Stefanem i Damonem od tak długiego czasu. Ten wampiryzm wszystko popsuł, stwierdziła w myślach. Gdyby się nie przemieniła, nie zostałaby przywiązana do Damona. W afekcie nie zerwałaby ze Stefanem i żyliby sobie bez problemów, a ona nie miałaby wyrzutów, że tak bardzo krzywdzi Damona. Jednak było inaczej. Zostawiła blondyna, przespała się z jego bratem i gdy przywróciła swoje człowieczeństwo, wszystkie emocje spadły na nią jak grom z jasnego nieba. Czuła się naprawdę, naprawdę podle. Nie wiedziała, co myśleć. Stefan był jej epicką miłością, pierwszą tak wielką. Jednak przywiązanie do Damona coś znaczyło, otrzymuje je przecież tylko człowiek żywiący głębokie uczucia do swego stwórcy.

- Halo? Ziemia do Eleny. - Caroline pomachała szatynce dłonią przed oczami, ta zamrugała. - Kiedy ostatnim razem obrażałam Damona, szybciej zareagowałaś - Caroline zaśmiała się nerwowo. Obie dobrze pamiętały moment, kiedy Gilbertówna powiedziała przyjaciółkom o swoim związku z niebieskookim brunetem.

- Teraz niczym cię nie zaskoczę - Elena próbowała zabrzmieć zabawnie, jednak zbytnie pogrążenie się w rozmyślaniach zrobiło swoje, dziewczyna stała się przygnębiona. Chcąc kontynuować rozmowę, rzuciła: - Wiesz, że Katherine tu jest?

- CO!? - Caroline rozdziawiła buzię i wytrzeszczyła oczy. - Gdzie?! Jak?! Z kim?! Od kiedy?!

- Zacznijmy od tego, że Katherine wygląda jak milion nieszczęść. Michelle za to naoglądała się zbyt dużo Avengersów i zapomniała, że rzuca człowiekiem - sarknęła szatynka, siadając wygodniej na sofie i podpierając łokieć na oparciu. Mimowolnie zerknęła na miejsce "zbrodni" - strącone ze ściany włócznie, które spadły na podłogę razem z Pierce, wciąż tam leżały. - No właśnie. - Wstała i ruszyła ku nim. - Damon zawiózł szmatę do szpitala, ale tam podobno spotkał Lehię, przetrącił jej kark i zniknął. To tak w skrócie.

- Aha - odparła blondynka. - Może negocjuje coś z Mayą?

- Może - mruknęła Elena, wampirzym ruchem odwieszając włócznie z powrotem na ich miejsce. - Mam nadzieję, że uda mu się coś od niej wyciągnąć. Czyste intencje nie pasują mi do tej blond zołzy. Tym bardziej, że Michelle wyjawiła nam, że Maya chce być hybrydą.

Caroline rozdziawiła buzię. Wiadomo, że każdy wampir, który był czarownikiem, chciałby nadal mieć moce, ale to n i e m o ż l i w e. Sama dobrze to widziała na przykładzie mamy Bonnie. Abby była zrozpaczona, kiedy bezpowrotnie straciła moc. Naturalna magia czarownic gardziła anormalnymi, zdemoralizowanymi stworzeniami, jakimi były wampiry. Jak więc ta cała Maya chce być i jedną, i drugą stroną? Co więcej, co ze swojego planu już dokonała, skoro jest wampirem, a najzwyczajniej w świecie czarowała, kiedy Damon ją spotkał?

Drzwi wejściowe otworzyły się ponownie. Klaus wszedł do budynku nonszalanckim krokiem, z typowym sobie uśmiechem na ustach. Caroline wyprostowała się jak struna, a bijące jak młot serce podeszło jej do gardła.

- Witam piękne panie - rzucił wesoło, zatrzaskując drzwi i ruszając ku nim. Usiadł w fotelu naprzeciw nich i oparł ramiona o podłokietniki. Przekrzywił głowę, przyglądając się Forbes w zaciekawieniu. - Czyżbyś mnie wcześniej unikała, kochana?

Caroline zamrugała kilkakrotnie, garbiąc się nieco. Powrót Klausa nie był jej na rękę, tym bardziej, że przypominał o smutnym rozstaniu z Tylerem.

- Jesteś zmorą mojego życia. Oczywiście, że cię unikam - odcięła się chłodno. Mikaelson zmrużył oczy i uśmiechnął się szerzej, nic jednak nie mówiąc.

- Opowiesz nam w końcu o Mai? - spytała Elena bez owijania w bawełnę. Chciała odpowiedzi o tej lali tu i teraz.

- Ach tak, Mayah Civassa... - mruknął Klaus, spuszczając wzrok, jakby się nad czymś zastanawiał. - Wspominałem, że jest bardziej nieznośna niż Katerina?

- Katherine jest obecnie nieszkodliwa - wtrąciła od niechcenia Elena, jakby zamyślona.

- Tak, tak - rzucił mężczyzna. - Słyszałem, Elijah od razu do niej pognał, gdy się dowiedział, że Salvatore'ówna ją pokiereszowała. Karma, Katerino, karma...

- I ciebie ona kiedyś dopadnie, sadysto - warknęła Caroline, jej oczy ciskały piorunami. Klaus dobrze wiedział, że chodzi jej o tego wilczka Lockwooda,  który bał się go, tchórz jeden, i uciekł od tej blondwłosej anielicy. Mikaelson przeżywał wewnętrzne katusze, widząc ból ukryty głęboko w błękitnych oczach Caroline. Zewnętrznie była jednak silna, jak zawsze z resztą.

Uśmiechnął się półgębkiem, patrząc blondynce głęboko w oczy. Nie wytrzymała jego przeciągłego spojrzenia, zupełnie tak, jak się spodziewał.

Nim się odezwał, Lehia ryknęła z piwnicy.

- Trzymacie tam wilkołaki w trakcie przemiany? - zdziwił się, nasłuchując.

- Córka Damona - rzuciła zdawkowo Elena. Brwi Klausa przybrały kształt okazałych tęczy z bajek dla dzieci i uniosły się wysoko. - Psiapsióła Mai. Długa historia. Kontynuuj.

Więc jest jeszcze młodsza niż Michelle członikini rodziny Salvatore, która również działa z Mayah Civassą? Chyba znalazło się w końcu coś, czego Klaus nie wiedział o tej diabolicznej blondynce. Interesujące...



- Yhhhh! - próbowała drzeć się Katherine, z ustami zaklejonymi plastrem. Czy ten cholerny lekarz nie mógł być na werbenie?! Hipnoza Damona działała aż za dobrze, więc zauroczony mężczyzna na polecenie bruneta dosłownie ją uciszył. Dodatkowo przypiął ją w talii pasem do kozetki, by móc nałożyć jej gips na cały tułów i ramię, w celu usztywnienia złamanej łopatki.

Tak bardzo nienawidziła w tej chwili najstarszego Salvatore'a! Tak bardzo miała ochotę wydrapać mu te niebieskie ślepia! Nie była niestety w stanie. Jej pokiereszowane ciało plus bycie człowiekiem dawało Damonowi stuprocentową przewagę.

Mimo że wierzegała nogami na wszystkie strony, zahipnotyzowany medyk, wciąż działał, nakładając warstwy gipsu na jej potłuczone ciało. Zastanawiała się, co z tą pielęgniarką, którą miał przysłać Damon, by poszło szybciej? Pewnie to olał i sobie poszedł. Świetnie.

W ułamku sekundy drzwi otworzyły się i ...

- Egmmma. - Plastry zniekształciły głos Katherine. Gdyby mogła odetchną, z pewnością zachłysnęłaby się powietrzem. Nie wierzyła, że po ich ostatnim pożegnaniu jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. A jednak...

Wyraźnie podminowany Elijah złapał brutalnie lekarza za ramię.

- Odejdź i zapomnij - polecił mu. Człowiek wyszedł, Pierwotny trzasnął za nim drzwiami. Zwrócił wtedy wzrok na poturbowaną kobietę, przypiętą do kozetki, z w połowie zagipsowanym tułowiem. W jego oczach zebrały się tony współczucia i troski. - Katerina - wyszeptał. Znalazł się tuż przy niej, był tak blisko, że mogła dostrzec każde włókno jego grafitowej marynarki. Delikatnie odkleił plaster z jej ust. Westchnęli jednocześnie - ona z powodu wszechogarniającego ją ciepła, on - wyrzutów sumienia, że ją opuścił i pozwolił, by cierpiała.

- Elijah, ja... - szepnęła Katherine, wytrwale próbując podłapać jego wzrok. Było to trudne, gdyż on szacował jak bardzo jest połamana. Przejechał delikatnie dłonią po jej ramieniu i wreszcie spojrzał w oczy. Zachwycił się tym jak duże i piękne były.

- Zajmę się tobą, Katerino - obiecał Elijah. Zadrżała, słysząc, jak pięknie w jego ustach brzmi jej imię. Odpiął pas, którym przepięta była do kozetki. Próbowała odwrócić się w jego stronę, lecz tylko jęknęła z bólu. Wziął ją na ręce, obchodząc się z nią jak z porcelaną. Poczuła się tak bezpiecznie w jego ramionach, nie zważała na pulsujący ból w złamanej łopatce. Schylił głowę i ucałował ją w czoło. W wampirzym tempie ulotnił ich ze szpitala.



W tym samym czasie Jeremy siedział przy barze w Mystic Grillu. Rzucił krótkie "dzięki", gdy barman postawił przed nim nowo napełnioną szklankę z piwem, a obok drugą - z różową słomką i zawartością wymieszaną z syropem wiśniowym. Kilka sekund później na stołku usiadła Michelle, strzepując wodę ze świeżo umytych dłoni. Pochyliła się i pociągnęła łyk przez słomkę. Jeremy patrzył na nią wyczekująco, liczył, że w końcu podaruje mu jakieś konkrety co do swojej znajomości z Klausem. Na razie usłyszał tylko "to był rok 1913, dawno i nieprawda". Czekał na resztę. Michelle dostrzegła kątem oka czujny wzrok Jeremy'ego.

- Co jest? - spytała jak gdyby nigdy nic, spoglądając na niego.

- Wiesz, co - odpowiedział, przekrzywiając lekko głowę i nadal mierząc ją wzrokiem.

Michelle wiedziała, że nawet mimo wielkich chęci, nie potrafiłaby zignorować Jeremy'ego. Musiałaby stamtąd uciec, by nie odpowiedzieć. Już jakiś czas wcześniej zauważyła, że przez jego spojrzenie, nieważne w jakiej sytuacji, stawała się bezradna, nie potrafiła go tak po prostu olać, jak to robiła w kontekście innych osób. Jednak, mimo wszystko... Kim byłaby Michelle, poddając się bez walki?

- Myślałam, że mi odpuścisz, kiedy załatwiłam ci piwo - mruknęła, podpierając głowę na dłoni. Z tej perspektywy Jer był jeszcze przystojniejszy. Usta Michelle rozciągnęły się w zalotnym uśmiechu.

- Zahipnotyzowanie barmana, też mi coś - prychnął, lecz spojrzał jej w oczy po raz kolejny. To było inne spojrzenie, jego nastawienie zmieniło się; patrzył na nią jak na małą, zagubioną dziewczynkę, uśmiechając się zachęcająco. Nie musiał już nic mówić, wiedziała wszystko. Co ukrywasz, Elle? Nie jestem taki jak oni, pomogę ci.

Co miała zrobić? Westchnęła, usiadła prosto, a słowa zaczęły się z niej po prostu wylewać. Co jakiś czas wtrąciła jakieś niecenzuralne słowo, wyrażając swoją frustrację odnośnie swojej "ówczesnej głupoty" czy czynów "tego narcyza, który uznał siebie samego najpotężniejszą ziemską istotą". Kiedy oświadczyła, że skończyła, Jeremy wypuścił głośno powietrze.

- Co zamierzasz... zrobić? - spytał, nadal przetwarzając informacje, które usłyszał.

- Teraz? - Wyrzucając z siebie wszystkie żale, której jej ciążyły, Michelle poczuła nagły przypływ wolności i odwagi.  I jeszcze te rozchylone usta Jera! - Chyba to.

Ni z gruszki, ni z pietruszki, niemalże rzuciła się na Jeremy'ego. Zachwiał się na barowym stołku pod wpływem siły jej uderzenia. Dawno nikt tak go nie zaskoczył. Z początku oddał pocałunek, usta Michelle były bardzo miękkie i smakowały mieszanką piwa i gumy balonowej. Nie minęło jednak pięć sekund, kiedy złapał dziewczynę za ramiona i odsunął od siebie, równocześnie zsuwając się na ziemię. Otworzyła oczy, na jej twarz wstąpił pełen nadziei uśmiech, jej oczy były jakby nieobecne.

- Michelle... Ja... - Jeremy nie widział co powiedzieć, plątał mu się język. Kurde, co jej odbiło? Ci Salvatore'owie są jacyś toksyczni! - Ja nie... My... Ja jestem z Bonnie.

Postawa Michelle zmieniła się diametralnie. Jej żuchwa wysunęła się, w oczach rozbudził się gniew, zacisnęła pięści. Przez głowę Jeremy'ego przemknęła myśl, że dziewczyna jest bardzo blisko od przyłożenia mu w twarz. Prychnęła gniewnie.

- Pewnie...  Czekoladka górą. Spieprzam sprawę co do każdego przyzwoitego faceta. Walcie się wszyscy! - wyminęła go i ze wściekłością w każdym ruchu opuściła knajpę.

Jer wziął swoją szklankę i jednym haustem wypił resztę piwa. Chyba nie tak to miało pójść.



- I kissed a girl and I liked it! - śpiewała razem z Katy Perry Maya, machając blond głową nad kierownicą Porsche. Damon od dłuższego czasu obserwował ją kątem oka.

- Pop ci nie pasuje - stwierdził od niechcenia. - Jako Marilyn prezentowałaś się znacznie atrakcyjniej.

Maya spojrzała na niego spod byka. Zatrzęsła głową, odrzucając długie włosy za ramiona. Wyprostowała się i wbiła wzrok w jezdnię, która tak właściwie była polną, zakurzoną drogą. Zacisnęła smukłe palce wokół kierownicy obitej białą skórą. Mruknęła coś niewyraźnie pod nosem. Damon jednak wyłapał, że była to łajza. Westchnął znudzony.

- Gdzie ty tak właściwie nas wieziesz?

- Zaraz wysiądziemy. To jeszcze kilkadziesiąt metrów - odparła, przyspieszając do setki, co w takich warunkach "drogowych" było całkiem niezłe.

Przez następną minutę nadal towarzyszyła im Katy Perry, tym razem bawiąc się w mentora fajerwerków. Damon pomyślał, że ma zdecydowanie dość jej piosenek na kolejne sto lat.

Maya zaparkowała samochód obok małego drewnianego domku, stojącego samotnie na skraju lasu. Za nim z pewnością przez najbliższe kilkanaście kilometrów rozciągały się same pola i nieużytki. Blondynka bez słowa wysiadła z auta i ruszyła do chatki. Damon skierował się za nią.  Weszli po skrzypiących schodkach prowadzących na niewielki ganek. Kwiaty w doniczkach wiszących na drewnianych barierkach, były uschnięte na wiór. W kącie stał wiklinowy bujany fotel. Maya zamaszystym ruchem otworzyła drzwi i weszła do środka.

Widząc to miejsce, Damon zdziwił się. Przed nim znajdowało się jedno pomieszczenie. Na prawo od wejścia był aneks kuchenny z małą lodówką, mikrofalą i ekspresem do kawy. To na tyle, jeśli chodzi o ułatwiające życie sprzęty - żadnej zmywarki czy piekarnika. Naprzeciw stała podniszczona wersalka i fotel, oba obite kraciastym płótnem. Na szafce miejsce zajmował maleńki telewizor. Stolik do kawy pokryty był niedopałkami papierosów, gdzieś obok leżała pusta butelka po winie. Za nim znajdowały się drzwi, prawdopodobnie do toalety.

- Nie ma mowy, że tu się zakwaterowałaś - prychnął Damon. To zupełnie nie wyglądało na klimat Mai. - Byłem pewny, że w twoim stylu są bardziej hotele ze spa albo ewentualnie wille arabskich szejków.

- Przymknij się choć raz. - Maya podeszła do kanapy i złożyła leżący tam koc. Rzuciła go na oparcie i usiadła, zakładając nogę na nogę. - Pytaj szybko i oddaj mi Lehię.

Damon rozparł się na fotelu, sprężyny zaskrzypiały. Zmierzył Mayę wzrokiem, zastanawiając się od czego zacząć.

- Po co tu przyjechałaś? - zaczął po prostu.

- Lehia chciała poznać swojego tatusia, to tyle - odparła, robiąc niewinną minę.

- Daj spokój, May. - Damon zmrużył oczy. - Ta zdzira jest już trochę na tym świecie, mogłaby szybciej mnie nawiedzić. Pytam o prawdziwy powód.

- Jadę wszędzie tam, gdzie Elle. Jednak ona ciągle mnie zawodzi. Jest beznadziejna.

Michelle zawodzi Mayę? To wprawiło Damona w zastanowienie. W jaki chory układ ta blond sucz wpakowała jego siostrę?

- Co wy planujecie? Ty i Michelle? Do czego dążycie?

- Ona jest tylko moją marionetką, tak jak każdy, kto ma jakiś związek ze mną - odparła nonszalancko. Skromna od urodzenia. - No i z tą sprawą.

Damon zadał jej nieme pytanie. Blondynka westchnęła, jakby zdruzgotana jego niewiedzą.

- Wszystko zaczęło się, kiedy pierwotna wiedźma zamieniła swoje dzieci w wampiry. Miałam czternaście lat i byłam pierwszą ofiarą Klausa. To po  m o j e j  śmierci aktywowała się jego wilkołacza klątwa.

- Słucham? - rzucił machinalnie Damon. Maya? Klaus? Ż e  c o ?  - Ty jesteś stąd? Z Mystic Falls?

- Z tych t e r e n ó w, baranie. Ale tak - odpowiedziała. - Wracając... Moja matka też była czarownicą. Oczywiście nie tak potężną jak Esther, ale dobrze jej szło. Kiedy Klaus mnie zabił, matka wpadła w furię i zażądała od Esther, by razem przywróciły mnie do życia. Tamta, odpokutowując za to, co zrobiła, pomogła i tak właśnie po kilku tygodniach wróciłam. Oprócz ponownego posiadania magii, stałam się też medium. I jestem nim do dziś - uśmiechnęła się chytrze. Damon wytrzeszczył oczy. Wiedźma, wampir i  m e d i u m ? Co jest z nią nie tak!? - Minęło dwanaście lat. Wyszłam za mąż i urodziłam syna, Viktora.

Damon wybuchnął śmiechem. Zgiął się w pół, nie mogąc się powstrzymać. Mina Mai mu nie pomagała - była obruszona, wysunęła żuchwę, jej oczy ciskały piorunami.

- Wybacz - rzucił, z lekka się opanowując - ale ty i macierzyństwo? Ty nie żywisz pozytywnych uczuć do nikogo, a miałaś dziecko?

Maya odchrząknęła, marszcząc nieco brwi.

- Do wioski przybył wtedy Erik - kontynuowała, ignorując Damona. - Był wampirem, przemienionym przez Rebekah. Uciekłam z nim.

No tak, pomyślał Damon. Cała Maya. Z resztą... On był taki sam.

- Podróżowaliśmy przez dwieście lat. W Europie spotkaliśmy pewną znachorkę, która mnie natchnęła, dała mi nadzieję i cel, do którego dążę do dnia dzisiejszego.

- Jaki cel? - zapytał szybko Damon. To będzie to, ten hak na Mayę.

- Powiedziała, że istnieje sposób, rytuał, bym była potężniejsza nawet od samego Klausa...

Damon patrzył na nią wyczekująco.

- Robię to z pomocą ekspresjonistek z Drugiej Strony. Chcę być hybrydą wampira i czarownicy.


Michelle była tak wściekła na Jeremy'ego, że odległość między Grillem a domem pokonała w nie więcej niż dziesięć sekund. Otworzyła zamaszyście drzwi, marząc by wpaść do swojej sypialni i wywrzeszczeć wszystko, co myśli, tak głośno, ze szyby popękają. Jednak... Czy kiedykolwiek  j a k i e k o l w i e k  marzenie Michelle bezproblemowo się spełniło? Oczywiście, że nie.

W salonie spotkała Elenę, Caroline, Stefana i ... Nie. Siedząca w fotelu postać odwróciła się  i też na nią spojrzała. No bez jaj! Michelle od razu wbiła wzrok w swoje żółte vansy, próbując ukryć się pod ciekawskim spojrzeniem stalowych tęczówek.

- Co, ciebie też przyjęli do bandy Scooby'ego? - wymamrotała pod nosem. Sznurówki jej butów nagle tak ją zainteresowały...

- Micheline... - rzucił Klaus z tym zabójczym akcentem. - Dosiądź się do nas. Możemy przecież podzielić na dialogi sceny z 1913.

Serce podeszło Michelle do gardła. Miała znów tego dnia opowiadać o tym co z Mayą uknuły przeciw K l a u s o w i, tym razem wspólnie z  K l a u s e m ?

Spojrzała na niego. Jego oczy były lekko przymrużone, tak jak zapamiętała. Różowe usta wyginały się w ironicznym uśmiechu. Był taki, jak wtedy, kiedy się poznali, kiedy go oszukiwała i kiedy go pokochała.

***
Taaaaa....
Cześć wszystkim. Wiem, że nie zasługuję na wybaczenie, ale liczę, że jesteście wyrozumiali i niecierpliwość Was nie wykończyła. Mam nadzieję, że ktoś z Was jednak o mnie pamięta, i jednak przeczyta i skomentuje ten rozdział :)
Nigdy jeszcze tak ciężko mi się nie pisało. N i g d y. Mam wrażenie, że wątki, które wymyśliłam na początku pisania tej historii, są zupełnie bez sensu. Poczaruję jednak trochę, poprzekręcam plany i wierzę, że wyjdzie przyzwoicie.
Ta przerwa była mi bardzo potrzebna. Wiem, że są Autorki, które piszą częściej i więcej, mimo że na przykład pracują, co mnie jeszcze nie dotyczy. Wiem o tym, podziwiam je, ale ja nad każdym rozdziałem przesiaduję straaasznie długo, czytam w tę i z powrotem, jestem wiecznie niezadowolona.
Dobra, kończę, bo bredzę. W skrócie chodziło mi o to, że postanawiam poprawę - następny będzie lepszy - oraz mam nadzieję, ze wybaczycie mi tę niedyspozycję.
No właśnie, dwa dni temu, 18.07, ten blog obchodził swoje 1. urodziny, a ja, jak tak wyrodna matka, zapomniałam :/
Swoją drogą szalejecie z ilością wyświetleń :D Jestem tak szczęśliwa! Co Wy na to, żeby to samo zrobić z komentarzami? Bardzo Was o nie proszę!
Ślę buziaki dla wszystkich :**
Em

PS. Póki pamietam - odkryłam, że możliwośc komentowania z anonima była wyłączona -.- Także już ją włączyłam, więc jeśli ktoś, coś, to... Gotowe :)
 
CZYTAM= KOMENTUJĘ

czwartek, 25 czerwca 2015

Garstka informacji!

Kochani!
Dobrze wiem, że od ostatniej części minął miesiąc. Ślęczę na nowym rozdziałem od tamtego czasu, ale niesttey nic mi nie wychodzi. Nie potrafię przelac tego, co zaplanowałam, na papier, nie idzie mi po prostu.
Na szczęście jutro już koniec roku szkolnego :) Równocześnie to dla mnie kres ostatecznej walki o wyniki, którą prowadziłam przez cały czerwiec. Rozdział zostawiam tak, jak jest, muszę odpocząc. W tę niedzielę, 28.06, wyjeżdżam na wakacje. W kraju nie będzie mnie przez tydzień, więc do pracy nad rozdziałem X usiądę dopiero po 7.07.
Mam nadzieję, że odpoczynek mi pomoże, przywróci wenę i pomysły. Niech ciepło południa robi swoje i mnie "uzdrowi", bym powróciła do Was pełna sił! ^^
Więc trzymajcie się ciepło! Ściskam mocno! :**
 
Wasza E.

sobota, 23 maja 2015

~IX~ 'We will do this'

Białe Porsche Cayman zatrzymało się gwałtownie w poprzek uliczki graniczącej z lasem wschodnim Mystic Falls. Wściekła do granic możliwości blondynka niemal dosłownie z niego wyleciała, nie zwracając uwagi na niebotycznie wysokie koturny na swoich stopach. Cóż, zabic i tak się nie zabije, wampir nie może skrzywdzic się poprzez skręconą kostkę. Zaczęła rozglądac się nieuważnie wkoło z furią wymalowaną na twarzy.

- Salvatore! - darła się. - Ty kretynie! Chodź tu!

Dla Damona był to widok prześmieszny. Stał w cieniu drzewa, o które się opierał, a Maya go nie dostrzegała. Patrzył z pobłażaniem na kobietę, kręcącą się wokół własnej osi i rzucającą obelgi pod jego adresem. To była reakcja Vasson na selfie, które zrobił sobie z Lehią o przetrąconym karku i wysłał jej. Dorzucił jeszcze podpis: Pogłębianie relacji ojciec - córka w wersji Salvatore'ów! Las wschodni, 10 minut. Wiedział, że Maya się wkurzy, ale on przecież uwielbiał działac wszystkim wokół na nerwy. To było jego ulubione zajęcie, zaraz po piciu bourbona i gapieniu się na Elenę.

Gdy widok wnerwionej Mai był już dla niego nudny, wyprostował się i postanowił skończyc ten cyrk. Postawił zaledwie krok w jej stronę i od razu został przyciśnięty za szyję do drzewa, mogąc zobaczyc z bliska tę furię w oczach blondynki.

- Gdzie jest Lehia?! - krzyczała wściekła kobieta, mocniej wbijając pomalowane na złoto paznokcie w szyję Damona. - W co ty się bawisz, ośle?!

- Chcesz byc silniejsza od faceta? - stęknął ciężko Damon, chwytając dłoń Mai jedną ręką. Cholera, ani drgnęła! - Przeciw stereotypom, co?

- Koniec tego dobrego! - ryknęła blondynka i zamaszystym ruchem rzuciła Damonem niczym szmacianą lalką, a może bardziej niczym Michelle panną Pierce dzisiejszego ranka. Spadł na leśną ściółkę dobre dziesięc metrów dalej. Podniósł się błyskawicznie.

- Zwolnij, May - Damon udał naburmuszenie. - Ostatnio byłaś w stanie oddac mi się na środku salonu przy całej drużynie pierścienia, a teraz taki zapaśnik z ciebie?

- Myślałam, że potrzebowałeś przeprosin za to, że zostawiłam cię wtedy w Chicago. Wiesz, męska duma i te sprawy - Maya posłała mu złośliwy uśmiech, prostując się i unosząc głowę. Taką ją właśnie zapamiętał, chorobliwie dumną i wyniosłą. - W gruncie rzeczy nawet ja miałam wyrzuty sumienia.

- Zauważyłem - odparł brunet, podchodząc krok w jej stronę. - Płaszczyłaś się przede mną w tym grobowcu jak niewierna żona - uśmiechnął się półgębkiem.

- Ja, niewierna? - Maya zaśmiała się perliście. - To chyba ty odpuściłeś sobie poszukiwanie Katherine Pierce na te nasze kilka gorących tygodni. Właśnie, jak wyglądało wasze spotkanie? Jestem bardzo ciekawa twojej reakcji na to, że ona cały czas żyła i cię olewała.

- Jesteś niezłą suką, kiedy na czymś ci zależy - stwierdził Salvatore, mierząc ją wzrokiem. - Tym bardziej, że to coś to moja córka.

- O, brawo! - blondynka rozpromieniła się od razu, jak gdyby nagle ujrzała ślicznego szczeniaka. - Zaprzyjaźniłeś się z tym słowem! Tak trzymaj, kochany! - Tu jej twarz powróciła do swojej zwykłej miny zołzy. - G d z i e ona jest?

Damon zmarszczył brwi. Przecież nie odda jej teraz Lehii, to by było całkowicie nie w jego stylu. Najpierw musi coś wyciągnąc od swojej córci. Z drugiej strony, jak grac na zwłokę z Mayą, która nigdy nie ujawniła przed nim, czym naprawdę jest, a wnioskując po pierwszym spotkaniu z nią po kilkudziesięciu latach, to coś więcej niż wampir? Karku jej nie skręci, bo będzie szybsza... Trzeba wykorzystac urok osobisty.

Wskazał na porsche za jej plecami.

- Młoda za informacje - zaproponował.

Maya odwróciła się na pięcie, kierując do auta.

- Manipulant - burknęła.

***
Od zniknięcia Klausa kilka minut wcześniej Elena, Jeremy i Michelle nie ruszyli się ze swoich miejsc. W umyśle tej pierwszej toczyła się zawzięta walka, wszystko w niej wrzeszczało. Tak bardzo chciała, by Pierwotni nie wracali do Mystic Falls. Mogli sobie zostac w tym Nowym Orleanie, naprawdę by jej to nie przeszkadzało. Na dodatek Michelle Prawdziwa - Czarna - Owca Salvatore miała z Klausem najwyraźniej nieźle na pieńku. Super!

- Co to miało byc? - fuknęła Gilbert w stronę dziewczyny. Ta nie drgnęła, stała z zaciśniętymi w pięści dłońmi i wpatrywała się w nieokreślony obiekt za plecami Jeremiego. - Kiedy mówiłaś mi, że znasz Klausa, nie wspomniałaś, że jesteście po różnych stronach barykady!

Michelle wykazywała całkowitą ignorancję lub może po prostu chwilowo ogłuchła. W Elenie się zagotowało.

- Co ty i Maya mu zrobiłyście? - spytała Elena. Jej "rozmówczyni" wciąż milczała. - Może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale Klaus to nie dobry baranek i następca Matki Teresy. Wiesz, ile osób zabił? Nasza ciocia przez niego zginęła, mój biologiczny ojciec też. Było bardzo blisko, by i mnie wykończył! Wykorzystał Bonnie! Stefan, twój brat, tak dla przypomnienia, wyłączył przez niego człowieczeństwo i znów stał się rozpruwaczem! Więc...

Jeremy złapał siostrę za łokiec. Ta przerwała gwałtownie swój głośny monolog.

- Robisz scenę - szepnął. Rzeczywiście, kilka klientów Mystic Grilla siedzących przed barem gapiło się na nich, tak samo jak parę osób na miejskim skwerze.

Elena odwróciła się tyłem do publiki i spokojniej już kontynuowała.

- Podsumowując, nie pozwolę, by przez jakieś gierki twoje i Mai z zeszłego stulecia ktokolwiek z moich bliskich został znów skrzywdzony przez tę bestię, jasne? - wycedziła. - Odpowiedz.

- Nie sądzę, że muszę się wam spowiadac - oznajmiła Michelle, wreszcie spoglądając na rodzeństwo Gilbert. Była butna i wroga, zupełnie inna niż przed pojawieniem się Klausa, kiedy opowiadała o Mai, tatuującej sobie twarz Johna Lennona.

- Im może nie, ale mnie i owszem - usłyszeli i znów serca podskoczyły im do gardeł.

Przy końcu chodnika zobaczyli Stefana. Stał z założonymi rekami i poważną miną. Pomiędzy jego brwiami widniała pionowa zmarszczka, jak zawsze, kiedy był skupiony.

- Stefan, hej - rzuciła Elena, uśmiechając się lekko. - Nie wiedzieliśmy, gdzie wyszedłeś.

- Ależ ty jesteś - warknęła Michelle w jej stronę. - Przed chwilą chciałaś skakac za Damonem i pomóc mu w odtarganiu Szmaterine do szpitala, a...

- Katherine tu jest? - zdziwił się Stefan nim Elena odgryzła się jego siostrze. Podszedł do nich.

Michelle wydała z siebie coś pomiędzy jękiem, stękiem i zgrzytem.

- Tak - odparła Elena, gromiąc siostrę Stefana wzrokiem - Ellie ją połamała i Damon pojechał z nią do szpitala.

- A Elenka chciała mu pomóc - dodała Michelle głosem kipiącym złośliwością. - Ciekawe w jaki sposób.

- Co jest z tobą nie tak?! - krzyknęła Elena i wtedy z pewnością wszyscy ludzie w pobliżu kilkudziesięciu metrów zwrócili na nią uwagę. - To źle, że się otrząsnęłam, co do twoich braci i pogodziłam z tym, że istniejesz? Chcę poukładac swoje tutejsze życie zanim pójdę na studia, więc pozwól, że to zrobię!

Najmłodsza z rodzeństwa Salvatore była co najmniej zdziwiona. Krzycząca Elena Gilbert była dla niej ciekawym widokiem. Przyznała sama przed sobą, że dogadywała tak Gilbertównie, by oni wszyscy w końcu dali jej święty spokój z tym Klausem. Wystarczyły jej jej własne wyrzuty, których sobie nie szczędziła po akcji z tysiąc dziewięcset trzynastego roku, kiedy to poznała Mikaelsona.

- Nic nie powiesz? - zakpiła Elena, mierząc rozmówczynię wzrokiem. - No tak, kiedy przychodzi do mówienia o tobie, wycofujesz się.

Tu przerwała i zaczęła się nad czymś zastanawiac.

- Bardzo chciałabym się dowiedziec z czym mamy do czynienia - powiedziała po chwili - ale ty najwyraźniej nie jesteś skora do pomocy. Jeśli chcemy się to ogarnąc, musimy pójść do źródła. Stefanie, idziesz ze mną? - spojrzała na blondyna, który kiwnął. - Myślę, Jer, że ty jedyny obecnie możesz zostać z Michelle i jej nie skrzywdzić pod wpływem złości. Do zobaczenia.

- Co? - zawołał Jeremy. - Ja spokojny? Byłem łowcą!

Elena i Stefan nie zwrócili jednak na to uwagi. Ruszyli uliczką i za zakrętem zniknęli w wampirzym tempie.

Jer westchnął. Po to właśnie zmartwychwstał - by byc niańką niesfornej wampirzycy.

Spojrzał na nią. Przygryzała wargę, myśląc nad czymś intensywnie.

- Grill? - zaproponował.

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Uśmiechnęła się delikatnie.

- Grill.

***
Stefan i Elena zatrzymali się przy lesie, by tamtą drogą spokojnie przejśc do rezydencji Mikaelsonów i w międzyczasie porozmawiac.

- Katherine powiedziała, czemu wróciła? - dopytywał Stefan.

- Nie dosłownie, choc dobitnie. Chce, byś wybaczył jej wszystkie świństwa.

- Proszę? - Stefan prawie się zaśmiał, przystanął. Gilbert była jednak poważna. - Eleno, ja przecież...

- Nie chodzi o mnie, Stefan. Uwierz, pozbieram się - tłumaczyła, wyprzedzając go o kilka kroków. - Nim wyjedziemy do college'u z Bonnie i Care, uporządkuję wszystko, co związane z Mystic Falls. Ten okres, kiedy nie miałam człowieczeństwa, potem kiedy Michelle tu przyjechała... Zaniedbałam wiele rzeczy, w tym Jeremiego, dziewczyny, Matta... Was - spojrzała Stefanowi w oczy, były pełne bólu i niepokoju. - Ten mój durny tryb 'zła Elena' jednak przyniósł korzyści.- Blondyn spojrzał na dziewczynę jak na ograniczoną umysłowo. - Tak, Stefanie. To przerwało moją więź z Damonem. Wreszcie mam drogę do czystego spojrzenia na to, co czuję.

- I? - Salvatore zacisnął zęby, przygotowywał się na najgorsze, na to, że wampirza Elena wybiera jego brata.

- Mam drogę - powtórzyła. - Mam nowe perspektywy. Teraz muszę to zrozumiec. Potrzebuję kilku tygodni.

Stefan uśmiechnął się smutno. Kamień spadł mu z serca. Wiedział, że musi przygotowac się na wszystko. Będzie jednak kochac Elenę bez względu na jej wybór, to oczywiste. Tak długo byli bratnimi duszami.

Ruszyli dalej. Nie przeszli jednak nawet pięcdziesięciu metrów, gdy na środku lasu, tak po prostu, zobaczyli niebieskiego chevroleta camaro, który należał do Damona. Elenie serce podeszło do gardła kolejny raz tego dnia. Czuła, że Stefan ma tak samo. Podbiegli szybko do auta.

- Damon? - zawołała Elena, jednak nikt nie odpowiedział. Auto było puste.

- Nie zostawił telefonu ani portfela - stwierdził Stefan po wstępnej analizie. Znalazł coś pod fotelem coś. - Oczywiście - pokręcił głową z dezaprobatą. To była w połowie pełna butelka bourbona.

- Skąd one się tu wzięło? - rzuciła Elena. - Sprawdzę bagażnik - zaproponowała, kiedy Stefan zatrzasnął drzwiczki.

Gilbert podniosła klapę.

- Ach! - pisnęła. W bagażniku leżała nieprzytomna Lehia. Stefan stanął obok Eleny. Nim coś powiedział, córka Damona podniosła się do siadu, po drodze zawadzając głową o ściankę samochodu.

- Aperta - usłyszała w swojej głowie córka Damona i nim zdążyła się sprzeciwic, straciła świadomosc.

Ruda kobieta przejęła jej umysł na parę chwil. Uwielbiała to uczucie, kiedy miała władzę nad wszystkim i wszystkimi. Cieszyła się, mogąc popijac Chardonnay w swoim apartamencie w Seattle i równocześnie kontrolowac sytuację w Mystic Falls. Oczami tej małej ujrzała dwie osoby - przystojnego blondyna i Petrovę. Kolejny sobowtór, ciekawe, który z kolei? Kojarzyła Tatię, Katerinę... To któraś z nich czy może następna orzechowowłosa panna, dla której bliscy sobie mężczyźni tracą głowę? Mniejsza o ilośc kobiet rodu Petrova, liczy się to, że sobowtóry nie wymarły. Przecież były jej potrzebne, prawda?  Była tak blisko celu, liczyła, że niedługo wszystko się spełni. Kończąc z Mayah Civassą, zrówna z ziemią całe Mystic Falls i resztę jej sprzymierzeńców.

***
Witajcie! :D Wracam, nie wiem, jak to wyszło, ale jestem. Z góry przepraszam za to, że czekaliście tak długo, ale dużo rzeczy złożyło mi się na raz i musiałam to ogarnąc. Ogromnie dziękuję za komentarze, które bardzo mnie zmotywowały do pisania! :3 odnosząc się do wypowiedzi diem carpe - starałam się "podreperowac" charakter Eleny, mam nadzieję, że wyszło dobrze. Chciałabym również przeprosic za niesłownośc Monika R , bo obiecałam, że będzie więcej Klausa, a tymczasem nie było go wcale xD
Wierzę, że chociaż w części spełniłam Wasze oczekiwania co do akcji. Nie wiem, czy zauważyliście, ale ma u mnie miejsce jakiś syndrom 'długiego dnia' - ponownie opowiadam o jednym dniu przez kilka rozdziałów xDD Ale wreszcie dotarłam w tym opowiadaniu do TEGO momentu (patrzcie na ostatni akapit ;*). Tak, tak, zaspoileruję, że to kolejna ważna, a nawet bardzo wazna postac.
Dobra, koniec biadolenia. Czekam na Wasze szczere opinie.
Pozdrawiam, xx
CZYTASZ = KOMENTUJESZ

piątek, 8 maja 2015

~VIII~ 'I deserve this, I do'


Damon

Droga powrotna zajęła nam kilka minut. Przez ten czas ani Michelle, ani ja nie odezwaliśmy się ani słowem. Ba, nie było czasu. Potem wszystko działo się bardzo szybko – młoda i Katherine raz na siebie spojrzały, poleciały obelgi i w trymiga Pierce uderzyła plecami w ścianę nad kominkiem. Jej kości wydały z siebie głuchy gruchot. Spadła na kolana z jękiem i zastygłym przerażeniem na twarzy, a wraz z nią dwie wiszące tam zwykle, zabytkowe włócznie.
- Zrujnowałaś mi życie, zdziro! – huknęła Michelle. Ona i ja dopadliśmy do Katherine w tym samym momencie. Nie żebym nie chciał śmierci Pierce, ale ten ułamek sekundy, kiedy zobaczyłem w jakim stanie jest jako człowiek, wyzwolił we mnie jakiś głupi żal co do jej osoby.
Siostra spojrzała na mnie zdziwiona, kiedy równo złapaliśmy Katherine  za ramiona, tyle że w różnym celu.

- Nadal jej służysz?! – warknęła Michelle, wściekła do czerwoności. – Nie pamiętasz jak was skrzywdziła?!
- Nie zabijesz jej – rzekłem zdecydowanie. – Zapomnij o tym przywileju. To moja życiowa dewiza – prychnąłem, patrząc siostrze w oczy.
Michelle przygryzła wargę. Spojrzała pogardliwie na jęczącą z bólu Pierce, kiedy to w jej umyśle toczyła się zapewne zawzięta wojna – wyjątkowo posłuchać starszego brata czy nie, jak zwykle? W końcu po paru sekundach zacisnęła pięści, wstała i cofnęła się kilka kroków.

Uśmiechnąłem się z satysfakcją. Zwróciłem wzrok na sobowtóra, który nie padł plackiem na ziemię tylko dzięki moim ramionom.
- Nie wierzę, że muszę ratować ci tyłek – rzuciłem, przegryzając swój nadgarstek i podstawiając go Katherine. Podniosła lekko głowę i spojrzała na mnie wzrokiem pełnym żądzy mordu. – No co? Zapomniałaś jak to działa?
- Potrzebuję czegoś przeciwbólowego… - rzekła słabo, przerwał jej jęk bólu - i lekarza.
- Co ty brałaś? – wyrwało się Jeremy’emu zza moich pleców.
- Ostatnio? Lekarstwo od twojej… Damon! – pisnęła, kiedy spróbowałem ją podnieść, a jej kości gruchnęły. – Mój organizm nie przyjmuje wampirzej krwi, więc przywieźcie tu jakiegoś patałacha ze szpitala!

- To wyjaśnia czemu nadal jesteś człowiekiem – zaśmiała się Michelle.
Spojrzałem krytycznie na Pierce, rozważając wszystkie za i przeciw pomaganiu jej. Wygrały za ze sprytem kobiety, który może nam pomóc, na czele. Wziąłem ją na ręce i ruszyłem do wyjścia.
- W szpitalu lepiej cię obejrzą – stwierdziłem.
- Może lepiej pojadę z wami – zaproponowała Elena, idąc za nami.
Tak bardzo się zdziwiłem, że przystanąłem, w wyniku czego Gilbertówna o mało co nie wpadła mi na plecy. Czy dobrze usłyszałem, że po trzech tygodniach milczenia chce wsiąść ze MNĄ do MOJEGO samochodu? Co ją wzięło? Odwróciłem się do niej z zapewne głupkowatym wyrazem twarzy.
Stała z nieco zbyt otwartymi oczami i wysuniętą w zakłopotaniu szczęką.

- Emm… - Spojrzała w bok. – Druga osoba ci się przyda, Damonie.
- Daj spokój, Eleno – Wychodzi na to, iż Katherine jednak nigdy nie traci daru mowy, jaka szkoda. – Przecież go nie zgwałcę. Nie w tym stanie.
Elena wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej. Gdzieś z tyłu Michelle parsknęła śmiechem i nawet nie próbowała tego stłumić. Młody Gilbert pokręcił tylko zrezygnowany głową na słowa Lady Szmaty.
- Równie dobrze mogę wyrzucić cię tylko za próg – rzuciłem od niechcenia w jej stronę. – Przecież samowystarczalna Katherine Pierce zawsze ma plan.

- Owszem, plan, jak sprawić, by Stefan mi wszystko wybaczył, ale aktualnie jest utrudniony przez atak twojej siostruni – spojrzała wymownie na swoje ciało.
Poczułem się głupio. No tak, znów Stefan. Czy nawet ludzka Katherine musi być w nim zadurzona? Co do uczuć Eleny, to można niczego nigdy nie można było być pewnym, ale że Pierce ciągle wierzy w ich wspólną przyszłość? Cóż, jego wszyscy kochają, mnie za to obwiniają o całe zło tego świata, zapewne łącznie z głodującymi dziećmi w Bangladeszu….
Karma, Damonie, karma. Trzeba było nie być nieczułym snobem.
Nie mówiąc ani słowa, wyszedłem z domu.

 
Michelle

Moja konfrontacja ze Szmaterine po tylu latach odbyła się całkiem spokojnie. Nieważne, że brałam w niej udział praktycznie tylko ja, bo ona się połamała, ale kto tam patrzy na szczegóły.

Wracając – oto nowe pytanie na kolejny tydzień: czy Elena ma rozdwojenie jaźni? Niedawno była pierwszą do pogrążania mojego najstarszego brata, a nagle oferuje mu swoją, z resztą niezbyt potrzebną, pomoc? Chyba ogarniam, czemu nie wracałam do Mystic Falls tak długo – anty-przyciąganie z Gilbertówną.

Ona, Jer i ja ciągle tkwiliśmy w tych samych miejscach, stojąc. Elena była nieco zamyślona, no, nie dziwmy się, Pierce jej przygadała.

- Skoro Damon odpadł – zawiesiłam się, czekając, aż zwrócą na mnie uwagę – idę sama szukać Mai i tej młodej…
- To właśnie to robiliście razem? Szukaliście ich? – Elena od razu się ożywiła.

- To córka Damona – rzuciłam. – Na pewno chciał się dowiedzieć, czy jego geny zostały dobrze ulokowane – uśmiechnęłam się półgębkiem. Jeremy się skrzywił. - Dobra, to było głupie.

- Idźmy więc, znajdźmy je – zadecydowała (tak, wiem, też byłam zaskoczona, że ona potrafi podejmować samodzielne decyzje) Elena, zdecydowanym krokiem ruszając do wyjścia. Jeremy podążył bez słowa za nią.
- Zaraz – przyhamowałam ich zapał, na co odwrócili się i spojrzeli na mnie zdziwieni – a co z resztą gangu Scooby’ego?

- Bonnie spędza dzień z tatą – wyjaśnił Jeremy. Oł je! To się nazywa piękno dnia! Plus dla ciebie, czekoladko. Znikaj częściej!
- Nie chcę dorzucać Caroline problemów – stwierdziła Elena – a Stefan wyszedł rano, musiał coś załatwić.

No tak, blondyna ma deprechę, bo wilk ją rzucił, a Steffy gania za sarenkami gdzieś daleko stąd. Kto tu jeszcze żyje… O, no tak, siostra Klausa i eks Eleny buszują po Europie. Więc jestem tylko ja, Gilbert i jej przystojny brat.
Ruszyłam z miejsca i pierwsza doszłam do drzwi.

- Chodźmy.

 
Damon

- Złamana łopatka, kość ogonowa tylko stłuczona– stwierdził zahipnotyzowany przeze mnie lekarz, oglądając zdjęcie rentgenowskie Katherine.

- Coś jeszcze? – spytałem, a mężczyzna pokręcił głową. – Więc zrób teraz, co musisz, zagipsuj ją, czy coś. Jak długo to będzie trwało?

- Od godziny do półtorej. Potrzebuję pielęgniarki. Muszę unieruchomić oba ramiona i tułów do połowy.
Katherine oburzyła się, a ja parsknąłem – Pierce uziemiona w gipsie na kilka tygodni była dla mnie natchnieniem dnia. Bezradna, nieudolna… O tak, to będzie wynagrodzenie wszelkiego zła, jakie kiedykolwiek, komukolwiek wyrządziła.

- Dobra, zaczynaj – zarządziłem, uśmiechając się diabolicznie. – Przyprowadzę ci tu jakąś do pomocy.
- Nie, Damon, błagam! – jęknęła Katherine, próbując wyciągnąć rękę i mnie zatrzymać. Zawyła z bólu. – Ja nie chcę! Nie mogą mnie ubrać w gips!

Moja euforia sięgnęła zenitu – Katherine płaszcząca się przede mną, nie mogąca ruszyć się z miejsca. To chyba najlepszy dzień mojego życia!
- Weź jej usta zaklej. I może przypnij ją do tej kozetki – rzuciłem do lekarza i ignorując krzyki Pierce, wyszedłem z gabinetu.

Najwidoczniej mam zapędy sadystyczne, gdyż moje serce radowało się na myśl o sobowtórze, który wreszcie nie będzie samowystarczalny. Nie zamierzałem oczywiście pomóc jej z czymkolwiek, a sądząc po jej relacjach z resztą bandy, nikt inny również  nie skinie palcem.
Wszedłem do pierwszej lepszej sali, jednak tam leżały tylko jakieś schorowane staruszki, one mi się raczej nie przydadzą. W kolejnym pomieszczeniu też sami pacjenci. Ej no, czy te pielęgniarki nie powinny zajmować się chorymi? Gdzie tu jest pokój lekarski? Może tam ktoś będzie?

Otworzyłem następne drzwi, wisiała na nich tabliczka Magazyn. Nad lodówką z zapasami krwi pochylała się osoba, której równocześnie szukałem i nie chciałem więcej spotykać.
- Ty? – warknąłem, a ona odwróciła się z piskiem i upuściła kilka woreczków. Miała wytrzeszczone oczy, pełne strachu. W ułamku sekundy spróbowała uciec, lecz zatrzymałem ją jedną ręką i popchnąłem na półki z lekami, które rozsypały się na podłogę. Zatrzasnąłem wściekły drzwi. Dziewczyna oddychała głośno. – Trzy tygodnie sobie przez ciebie zmarnowałem, wiesz? – rzuciłem z jadem. – Nie będę owijał w bawełnę. Jak to możliwe, że żyjesz?

Oddech Lehii unormował się, stanęła prosto i w pozycji bojowej naprzeciw mnie, olewając stłuczone flakoniki wokół.
- O, więc tatuś się mną zainteresował? – sarknęła, mrużąc oczy zupełnie tak, jak ja mam to w zwyczaju robić. – Co, chcesz wpłacić zaległe alimenty?

- Nie zadzieraj ze mną, młoda – poleciłem, czując, że się wkurzam. Lehia była bardziej irytująca niż jej matka. – Gadaj. Po co tu jesteście? Gdzie Maya?
- Co ci tak prędko? Spokojnie, tato. – Weźcie ją, bo jej zaraz strzelę!­ – Właśnie, jaki świat mały. Dobrze wyszło jednak, że jesteś takim kobieciarzem. Dzięki temu, że pukałeś May, dogadałyśmy się, by cię znaleźć.

- Nie pieprz głupot – prychnąłem. - Maya sama mnie zostawiła. Czemu niby chciałaby mnie znaleźć? Nie ma się za co mścic. To ja się przez nią zmarnowałem.
- Chryste, jakiś ty marudny – jęknęła, krzywiąc się. Mała, głupia zdzira. – Myślałam, że mam zabawniejszego ojca.

- Zabawny to ja dopiero będę, torturując na zmianę ciebie i tę blond lalę – uśmiechnąłem się złośliwie. – G a d a j – wycedziłem po raz kolejny.
- Zemsta płynie mi we krwi. Wypełniam ostatnią wolę mamy.

- Jesteś taką samą szmatą jak Deborah – nie wytrzymałem.
Lehia odbiegła wzrokiem w bok, jakby się nad czymś zastanawiała. Zmarszczyła brwi i zamachnęła się, by mnie spoliczkować, jednak jej ślimacze tempo mnie nie zaskoczyło. Ścisnąłem mocno jej rękę kilkanaście centymetrów przed swoją twarzą, a kości nadgarstka zagruchotały. Dziewczyna wydała z siebie coś między piskiem i jękiem. Wykorzystałem jej nieuwagę i w ułamku sekundy padła na posadzkę ze skręconym karkiem.

- Możesz to uznać za przemoc w rodzinie, jeśli chcesz – rzuciłem do jej ciała, wyjmując z kieszeni jej spódniczki telefon – nie będę zły.
Gdy szukałem numeru Mai w iPhone’ie Lehii drzwi magazynku się otworzyły i zobaczyłem pulchną pielęgniarkę. Nim zdążyła wydać z siebie dźwięk przerażenia, złapałem ją za łokieć.

- Posprzątaj tu, a jak się uwiniesz, to śmigaj do zabiegowego i zagipsuj taką jedną – powiedziałem. Zarzuciłem sobie ciało Lehii na ramię. – No, to cześć – dodałem i ulotniłem się ze szpitala w wampirzym tempie.

 **
Elena, Jeremy i Michelle przemierzali uliczki miasta równym krokiem. Kierowali się ku terenom na obrzeżach Mystic Falls, wierząc, że właśnie tam spotkają Mayę i Lehię. Rodzeństwo Gilbert kilkakrotnie próbowało wyciągnąć od Salvatore’ówny coś ważnego o jej przyjaciółce, coś co mogłoby by mieć istotny wpływ na obecną sytuację. I owszem, Michelle opowiedziała im, jak to razem z Mayą jeździły na koncerty Beatlesów czy używały wampirze krwi do leczenia rannych podczas drugiej wojny światowej, jednak nie poruszyła tematu pochodzenia blondynki. Nie dowiedzieli się, kto ją przemienił, kiedy, skąd pochodzi.
- … wytatuowała sobie wtedy jego twarz na obojczyku, ale on ciągle wolał Yoko Ono – mówiła ze śmiechem Michelle o sytuacji z 1969 roku. Ciekawość Eleny co do Mai sięgnęła granic, nie wytrzymała.

- Skąd ona się wzięła? – spytała Gilbertówna, nie owijając w bawełnę.

Michelle zmarszczyła brwi, przybierając skonsternowany wyraz twarzy. Zerknęła na Jera, którego mina była tak samo ciekawska jak jego siostry.
- Na to czekacie, co? A ja was przynudzam May i Lennonem – westchnęła, przyspieszając kroku. – Maya od blisko tysiąca lat dąży do bycia hybrydą wampira i czarownicy.

- Co?! – zawołali równocześnie Elena i Jeremy, stając jak wryci.
- To możliwe? – dodał chłopak.

- Moja reakcja, kiedy mi to powiedziała, była taka sama – odparła Michelle. – Ale pozwólcie, że zacznę od początku, co?
- Pozwól, że ja to zrobię, Micheline – powiedział męski głos. Wszyscy troje odwrócili się w stronę jego źródła. W ich stronę kierował się blond włosy mężczyzna, uśmiechający się przebiegle. Serce Michelle podeszło jej do gardła.

- Klaus – burknęła zniesmaczona Elena. – Wróciliście.

- Też się cieszę, że was widzę – odparł Mikaelson, świdrując Salvatore’ównę wzrokiem. Stała jak kłoda, kurczowo zaciskając pięści i wstrzymując oddech.

Jeremy pomachał palcem od Klausa do Michelle i z powrotem.
- Zaraz, to wy się znacie?

Blondyn odpowiedział, nie odrywając wzroku od dziewczyny:
- Mayah Civassa gnębi mnie odkąd wychowywaliśmy się w jednej osadzie. Chce zostać hybrydą, a ja odebrałem jej na to jedyną szansę. Panienka Michelle jako jej podwładna omamiła mnie i oszukała. Opowiem wam wszystko potem, a teraz pozwólcie, że spotkam się z uroczą Caroline.

I odszedł w wampirzym tempie.

***
Hej! Z góry przepraszam za niesłownośc, wiem, miałam dodac szybciej. Nie mam sensownego usprawiedliwienia ;) Mam nadzieję, że choc w części wynagrodziłam Wam taki dlugi okres czekania. Jak wrażenia? Proszę o szczerośc i opinie, motywują do zmian i działania. Dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem. Uwielbiam Was i podziwiam Waszą cierpliwośc! Liczę, że ciągle trwacie przy czytaniu tego, co piszę ^^
 
xx, Em
 
CZTASZ = KOMENTUJESZ
 
PS. Co myślicie o tym, co dzieje się obecnie w TVD? Ja po 6x21 tracę wiarę w ludzi ;o Nie wiem, jak chcą to zakończyc, no nie wiem....
 
 

czwartek, 2 kwietnia 2015

~VII~ 'Ready? Go!'


Damon
Tydzień. Minął tydzień, a jedyne osoby,  z którymi rozmawiam to Stefan i barmanka Nikki z Mystic Grilla. Przy czym Stefan odezwał się do mnie raz, by mnie opieprzyć. W jego opinii, uwaga, cytuję, nękam Michelle i Elenę, a mój jazgot wylewa się wszystkim uszami. Tak, dobrze, słyszycie, mój święty brat i taki tekst. Szczerze, to mnie przymroziło, gdy to usłyszałem i nie byłem w stanie wymyślić żadnej ciętej uwagi. Wraz ze swoim powrotem, moja ukochana siostrzyczka przywiozła plagę spraw, o których nikt nigdy nie miał się przecież dowiedzieć. Tak dla przykładu – mój romans z Mayą w latach pięćdziesiątych. Poznaliśmy się podczas przyjęcia noworocznego w Chicago. Flirtowałem z jakąś kobietą, gdy ona weszła na scenę. Wyglądała pięknie, niczym Marilyn Monroe, a jej głos był tak czysty i seksowny… Dziewczyna, z którą flirtowałem strzeliła focha, ale mnie nic nie obchodziło. Do końca występu Mai siedziałem jak ten kołek i patrzyłem na nią. Byłem po prostu oczarowany. Nie zauważyłem nawet, kiedy zeszła ze sceny i skierowała się w moją stronę. To był pierwszy raz po Katherine, kiedy poczułem się tak… Inaczej.

Tak, kilka beztroskich tygodni  i bestialski eks na ogonie. Maya niedługo wcześniej zerwała z jakimś Azjatą, a on się wkurzył. Poprosiła mnie o pomoc – miałem odebrać od wysłannika tego faceta jakiś pakunek. Czekałem na pustkowiu parę godzin, nikt się nie pojawił, a Maya zniknęła. Wtedy postanowiłem, że nikt się o nas nie dowie, o tym, że dałem się jej wykiwać. Powróciłem po prostu do swojego ówczesnego celu – ożywienia Katherine.

Następny raz spotkałem Mayę dopiero tu, w Mystic Falls, w grobowcu mojej rodziny. Coś tam tłumaczyła mi, że chciała odciągnąć tego faceta ode mnie, żeby nic mi nie zrobił, ale diabli ją tam wiedzą.
Właśnie, idę o zakład, że wszyscy są ciekawi, co z nią i Lehią, co? A otóż nic. Kiedy zrobiły ten nalot na nasz dom, oddając Jeremiego, nie powiedziały nawet, co robią w Mystic.

- Wkrótce wszystko będzie dla was jasne – powiedziała wtedy Vasson, po czym wyszła, a Lehia za nią jak cień.
W tym momencie moja ciekawość sięgnęła zenitu. Odstawiłem z hukiem pustą szklankę na blat i wyjąłem z portfela kilka dolarów. Pomachałem nimi w stronę rudowłosej barmanki, wstając.

- Dzięki. Do następnego, Nikki.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, przerzucając sobie ścierkę przez ramię.
- Na razie, szefie. – Stuknęła dwoma palcami w czoło, niczym salutujący żołnierz. Uśmiechnąłem się półgębkiem i wyszedłem z knajpy.

Chłodne powietrze otrzeźwiło mnie, gdy tylko stanąłem na miejskim skwerze. Gdzie one mogą być? Może Mystic Falls jest niewielkie, ale znajdzie się wiele miejsc, w których można się ukryć.
Nieświadomie zerknąłem po swoim ciele. Uniosłem lekko stopę i obejrzałem ze wszystkich stron jeden ze skórzanych, czarnych butów, niecodziennie drogich. Na myśl, że miałbym w nich przemierzać błotniste zakątki lasu czy podobnego miejsca, postanowiłem zahaczyć o dom i się przebrać. Ruszyłem wolnym krokiem do swojego auta. Panny nie zając, nie uciekną… Chyba.

Zatrzymałem się na podjeździe i szybko wszedłem do domu. Chyba jednak zbyt szybko, gdyż zderzyłem się z Michelle.
- Patrz, jak leziesz, młoda! – Trzasnąłem drzwiami, pragnąc jak najszybciej ją wyminąć.

- O, jaśnie braciszek raczył się pojawić i do mnie odezwać – sarknęła, stając mi na drodze. – A cóż to spowodowało tak nagłą zmianę w twoim planie dnia? Nikki wywaliła cię z Grilla, bo wypiłeś im całą gorzałę?

Przesunąłem się w prawo, chcąc ją wyminąć, lecz i ona tak postąpiła.
- Po pierwsze, zejdź mi z drogi – rzuciłem, mierząc ją wzrokiem, lecz ani drgnęła. Jak chcesz, pomyślałem, chwyciłem ją za ramiona i postawiłem z boku. Ruszyłem do swojego pokoju. – Po drugie, siostrzyczko, ja nie pijam wódki. Nią nie można się delektować.

- Dobrze o tym wiem, kochany – prychnęła, dorównując mi kroku na schodach. – Wiesz, jak mawia Maya? Whisky bogiem i nałogiem.

- Serio tak mówi? – Popchnąłem drzwi swojego pokoju. - O mocy whisky wiedziałem od dawna. Ta poczwara podłapała ode mnie ten tekst.

- Ej! – Michelle zatrzymała się gwałtownie, lecz ją olałem i podszedłem do komody. - Nie mów tak o Mai!
- Będę o niej mówił, jak będę chciał. – Chwyciłem w rękę popielatą bluzkę. – A tak w ogóle to nadal sądzę, że się zgrywacie. Ta lala twoją psiapsiółą? Żałosne.

- Co ty nie powiesz? – burknęła Michelle, krzyżując ręce na piersiach i mrużąc przekornie oczy. – Czyżby ta lala nie była kiedyś twoją laską?
Puściłem jej słowa mimo uszu. Co się będę kłócił? Szkoda śliny na ten nieudany eksperyment, nazywający się moją młodszą siostrą.

- Dobra, co cię skłoniło do tego, żeby pojawić się w domu przed zamknięciem Grilla? – Milcząc, ściągnąłem przez głowę granatową koszulę. – Wiesz, gdzie one są? – dodała młoda ciszej.
Zatrzymałem się pół ruchu, z jednym ramieniem w rękawie. Zerknąłem na nią katem oka. Patrzyła na mnie spod rzęs, a jej pozycja stała się mniej bojowa.

- Och, Damon, daj spokój! – Wyrzuciła ramiona w powietrze z takim impetem, że zwykły człowiek z pewnością coś by sobie uszkodził. – Ja też chcę wiedzieć, co Maya tu robi. Spodziewałam się jej trochę później.

- Wiedziałaś, że ona się tu pojawi? – Uniosłem brwi. Michelle wie o Mai dużo więcej niż może się wydawać, Damon. Dopisz to do listy rzeczy, które ostatnio cię zaskoczyły.

- Ona jest moim wrzodem na tyłku od czterdziestego szóstego. Gdziekolwiek pojadę, ona jedzie za mną. – Widząc moją zagubioną minę, dodała: - Opowiem ci, co wiem, ale zabierasz mnie ze sobą. Poszukamy jej i tej całej jestem – twoją - córką razem. Okej?
Spojrzałem na nią sceptycznie, zakładając do końca bluzkę.

- Wskakuj do auta, młoda. Mamy dwie wampirze panny do przesłuchania.

 
Jeremy

Przemierzałem wolno korytarz, stąpając po miękkim perskim dywanie i dzierżąc w dłoniach dwie wysokie szklanki. Były one wypełnione niemal po same brzegi świeżą lemoniadą, którą przed chwilką przygotowałem. Gdy Elena i ja byliśmy dziećmi, nasz tata wyciskał nam kilka cytryn i robił ten napój w takie ciepłe dni, jaki był dziś. Moja siostra od samego rana ślęczała w swoim pokoju nad diabli wiedzą czym, więc uznałem, że będzie szczęśliwa, odrywając się na chwilę od codziennych zajęć.

Dotarłem do przedostatnich drzwi po prawej strony – sypialni Eleny. Pochyliłem się nieco i łokciem nacisnąłem na klamkę. Popchnąłem drzwi biodrem i wszedłem do pomieszczenia. Moja siostra zajmowała dość mały pokój o beżowo – czarnej boazerii. Po lewo znajdowało się duże biurko, a nad nim tablica korkowa z mnóstwem kartek i zdjęć. Obok dwa okna i komoda pomiędzy nimi. Po prawej stronie szafa na ubrania, stojący wieszak, lustro, kufer służący za fotel i drzwi do łazienki. Na środku stało wielkie łóżko z baldachimem, obecnie zawalone przeróżnymi książkami i teczkami. Moja siostra siedziała po turecku w tym bajzlu i niespokojnie czytała jakąś powieść. Podniosła na mnie wzrok.

- O, Jer, cześć. – Uśmiechnęła się promiennie na mój widok. – Myślałam, że wyszedłeś z Bonnie.
- Wróciłem chwilę temu – wytłumaczyłem. – Ojciec Bon chciał spędzić z nią trochę czasu.

- Och, rozumiem. - Spojrzała na szklanki, które trzymałem i uniosła brwi. – Lemoniada?

- Tak jest – odparłem, przysiadając na brzegu łóżka i wyciągając w jej stronę szklankę z zieloną słomką. – Świeżutka. Taka, jaką robił tata. – Elena upiła łyk. – Możliwe, że wsypałem za dużo cukru.

- Jest idealna. – Uśmiechnęła się szerzej i przymknęła książkę. Przeczytałem tytuł widniejący na okładce.
- „Lot nad kukułczym gniazdem”? – zdziwiłem się i upiłem łyk przez białą słomkę.

Elena westchnęła ciężko i przesunęła wzrokiem po powieściach leżących  wokół niej.
- To są najpoważniejsze książki, jakie znalazłam w bibliotece. Chcę je przeczytać przez te wakacje.

- Czemu to robisz? Masz ostatnie wakacje przed prawdziwą harówą. Odpręż się.
- Łatwo ci mówić. Chcę studiować literaturę, Jer, a nie czytałam żadnej z tych książek. To znaczy, zaczynałam, ale nie mogłam przez nie przebrnąć i odrzucałam je w kąt.

Zacząłem się śmiać.
- Moja perfekcyjna siostra olewała lektury? – Niemalże krztusiłem się ze śmiechu. – Co na to Paddenson?

- Oj, Jery, Jery. – Elena spojrzała na mnie pobłażliwie. – Streszczenia się kłaniają.

Zaśmialiśmy się oboje. Brakowało mi tego ostatnimi czasy.

- Więc gdzie chcesz aplikować ze swoją cudną wiedzą o poważnych książkach? – zapytałem.

- Myślałam nad Williamem i Mary. Caroline i Bonnie też wysłały tam papiery.

Cholera. Całkowicie nie zdawałem sobie sprawy, że Bon niedługo wyjedzie. Gdybym mógł, pojechałbym z nimi, ale Elena prędzej by mnie wypatroszyła. Całe szczęście, że college Williama i Mary znajduje się tylko półtorej godziny drogi od Mystic Falls. Będę mógł odwiedzać moją dziewczynę, kiedy tylko będę chciał. Choć nie… Najpierw muszę wyprosić Elenę, by zostawiła mi swój samochód. Inaczej ciężko mi będzie regularnie odwiedzać Bon.
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos siorbania. Zerknąłem na Elenę, która grzebała słomką na dnie kubka. Zawsze, gdy piła coś przez słomkę, siorbała tak długo, aż na dnie nie została ani kropelka. W końcu wystawiła szklankę w moją stronę.

- Dzięki, była cudna. – Uśmiechnęła się do mnie szeroko.

- Miłej lektury. – Byłem pewien, że spiorunuje mnie wzrokiem, czy coś w tym rodzaju, ale ona zagapiła się na książkę w swojej dłoni. Ruszyłem więc do drzwi. Gdy złapałem za klamkę, usłyszałem za sobą cichy głos siostry:

- Co zrobimy z Mayą i Lehią?
Zastygłem na chwilę. Owszem, po tej całej akcji z moim porwaniem, spodziewałem się takich retorycznych pytań od każdego, od Eleny również. Wszyscy mówili, zastanawiali się. Wszyscy prócz Damona, który był opieprzany, kiedy zabierał głos, i Eleny, która ani razu nie skomentowała zaistniałej sytuacji. Także po tygodniu jej nic-niemówienia byłem przekonany, że postanowiła przemilczeć to wszystko do czasu rozwiązania.

Odstawiłem szklanki na komódkę i skierowałem się z powrotem do siostry. Przysiadłem w nogach łóżka, jak przedtem i chwyciłem się za nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym.
- Kiedy mnie porwały, nie dowiedziałem się niczego. Maya paplała tylko po łacinie, a ta cała Lehia po prostu mnie dźgała, wypytując o Damona i Michelle, o ciebie też, ale niewiele. O nich nie dowiedziałem się nic do czasu, kiedy pojawił się Damon. Maya zaczęła się do niego łasić, tłumaczyła mu coś, że jak kiedyś go zostawiła, to chciała go chronić, czy coś takiego. Lehia, o ironio, dała mi swojej krwi i przywlekły nas do domu… - Przerwałem na chwilę, zerkając na Elenę. Siedziała z zaciśniętymi zębami i pięściami. Niemo wydała mi polecenie, bym kontynuował. – Eleno, nie wiem, co o tym myśleć. To jeden wielki absurd. – Gdy milczała, ciągnąłem dalej: - Michelle wcisnęła nam, że jej przyjaciółka nie żyje, a ta pojawia się w naszym domu, wyjawiając, że miała romans z Damonem. Nie zapominajmy, że to twój były, który mnie zabił. Na dodatek ma on nieśmiertelną córkę, którą urodziła zmartwychwstała matka. Kurde, „Moda na sukces” wersja Mystic Falls, co nie?

Chciałem rozbawić ją ostatnim stwierdzeniem, ale ona wtedy ścisnęła dłonie w pięści, oj niedobrze.
- Nienawidzę Damona – wyszeptała Elena, zaciskając mocniej powieki i pięści. – Nienawidzę Mai. Nienawidzę Lehii. Nienawidzę ich wszystkich.

- Chodź, Eleno – zaproponowałem łagodnie i wstałem. Ująłem jej zaciśnięte dłonie w swoje, podciągając ją do góry. – Musisz się przejść. To kukułcze gniazdo ci nie służy – uśmiechnąłem się.
Wyszliśmy na korytarz i wolnym krokiem kierowaliśmy się ku schodom. Elena szła ze spuszczoną głową, ze wzrokiem wbitym w podłogę.

- Dowiemy się, co one tu robią – zapewniłem, obejmując siostrę ramieniem. - Na pewno mają jakiś cel, ale my je przejrzymy, jak zawsze. Uspokój się.
Wzięła głęboki oddech i spojrzała na mnie. Starałem się utrzymać łagodne, pocieszające spojrzenie, by podnieść ją na duchu. Gdy pokonaliśmy kilka stopni, nagle zatrzymała się. Odwróciłem głowę, gdyż byłem trzy schodki niżej, i spojrzałem na nią pytająco.

- Jak to możliwe, że Maya groziła Care wypaleniem naszych mózgów, skoro jest wampirem? – zapytała.
Rzeczywiście. Ja nie skojarzyłem tego, choć codziennie myślałem o tamtym dniu wiele razy. Maya może dużo namieszać… Ba, już namieszała.

- Trzeba znaleźć Michelle – odparłem w końcu – i wyciągnąć od niej informacje.
Elena przeskoczyła dzielące nas stopnie i ruszyła dalej.

- Myślisz, że będzie coś wiedziała? – spytała mnie.
- Musi. – Byłem pewien swoich słów. - Podobno się przyjaźnią. A my dopiero co pozbyliśmy się Katherine, druga wstrętna szmata nie jest nam potrzebna.

- Czyżby ktoś chciał zająć moje miejsce?
Stanęliśmy jak wryci. O kolumnę podtrzymującą schody opierała się Katherine Pierce. Nic dziwnego, że wcześniej jej nie zauważyliśmy – gdyby nie błysk srebrnej bransoletki, wtopiłaby się w tło. Odkąd opuściła Mystic, jej skóra poszarzała, policzki zapadły się i na pewno straciła na wadze. Ubrana była na czarno - w bluzę z kapturem, legginsy i szpilki. Nie przypominała dawnej siebie, choćby przez w połowie zdarty, czerwony lakier na paznokciach.  

- Nie gapcie się tak, nie ma na co patrzeć. To ty to zrobiłaś, Elenko – rzuciła z przekąsem.
- Widzisz – rzekłem do Eleny, schodząc powoli po schodach – to kolejny powód, by pozbyć się Mai.

- Kim jest Maya? – spytała Katherine zachrypniętym głosem. Odchrząknęła. – Nie było mnie tu zaledwie trzy tygodnie, a już mam konkurencję?
- Trzeba było nie wyjeżdżać – rzuciła Elena. – Może wtedy nikt inny nie rzuciłby się na twoją stałą posadę.

- Oj, Eleno. – Katherine zaśmiała się krótko. - Nie umiesz być złośliwa, więc przestań próbować.
- Po co wróciłaś? – spytałem. – Czyżby nowy etap życia ci nie służył? Bo tak wnioskuję po tym, jak wyglądasz.

Pierce spiorunowała mnie wzrokiem. Wyprostowała się i chwyciła pod boki.
- No, więc które z was zamierza mi streścić ostatnie dwadzieścia dni?

Spojrzeliśmy na siebie z Eleną, oboje z niechętnymi minami na twarzach. Wampirza Katherine była irytująca, ale jej ludzka wersja… Och, trzeba było nie narzekać.

 
Michelle

- Naprawdę ty i Maya byłyście sanitariuszkami na froncie? – dziwił się Damon. Przemierzaliśmy las, szukając Lehii i Mai, a ja streszczałam bratu moją znajomość z tą drugą.

- Wampiryzm nam się przydawał, mogłyśmy ratować rannych dzień i noc.
Damon skrzywił się nagle. Niemo zadałam mu pytanie, o co chodzi.

- Wyobraziłem sobie ciebie w fartuchu i tym rozbrajającym czepku – odparł i zaczął się śmiać.
Zdzieliłam go po ramieniu, ale też się zaśmiałam. Taki Damon nie był aż tak bardzo wkurzający jak zawsze.

Kilka metrów przed nami po leśnej ściółce przebiegła ruda wiewiórka o długim, puszystym ogonie.
- Jak Stef może je jeść?

- W końcu ktoś myśli tak jak ja! – zawołał Damon, unosząc pięść w zwycięskim geście. – Czyli jednak pozwalam ci być moją siostrą.
Zmrużyłam oczy i już chciałam mu opowiedzieć o jego łaskawości, kiedy telefon w jego kieszeni powiadomił o nowym SMS-ie. Wyjął aparat i przeczytał wiadomość. Jego twarz z rozbawionej przeszła najpierw w zdziwioną i uradowaną, ale zaraz potem we wkurzoną.

- Co jest? – spytałam, na co on odwrócił komórkę ekranem w moją stronę.

Od: Elena
Suka #1 wróciła. Ludzka jest gorsza niż kiedykolwiek. Potrzebujemy Cię.

Wydęłam usta, wypuszczając głośno powietrze.
- Matka ich więcej nie miała? Była jedna, są trzy – burknął Damon, zawracając do auta.

Pomyślałam o widoku, z którym zaraz się spotkam -  Katherine Szamterine Pierce, obecnie ludzka, najgorsza zołza w historii, która, jak wierzyłam do niedawna, zmarła, płonąc dwieście lat temu. Zacisnęłam pięści ze wściekłości, wiedząc, że raczej nie pozwolą mi jej zabić.

- Cóż – wycedziłam - c'est la vie.
****
Witam kochani! Przepraszam, że tyle czekaliście, ale szkoła i sprawy związane z aparatem ortodontycznym, który mi niedawno założono, nie pozwoliły mi na wcześniejsze dodanie rozdziału. Co od niego - szczerze, to myślałam, że jest dłuższy xD Wiem, wiem, obiecałam fajne sceny Michelle i Damona, ale chyba coś nie pykło. Wybaczcie :)
Biorę się za rozdział 8. Mam dużo pomysłów, więc powinno to zając mniej czasu niż ostatnio. mam nadzieję, że jeszcze ktoś to czyta ;)
xoxo, E.